Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kania ruda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kania ruda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 listopada 2016

Drapieżny sierpień cz.II - Nic nie przychodzi łatwo

Pstryknąć mu fotkę w locie, to żaden problem, ale zrobić jedno dobre zdjęcie podglądając bielika z ukrycia to, albo trzeba mieć szczęście, albo się solidnie przygotować, a najlepiej jedno i drugie. 


Z tzw. do trzech razy sztuka straciłam już dwa, pierwszy w styczniu, a drugi we wrześniu. Kończąc Drapieżny sierpień napisałam cdn. i nastąpił, ale nie taki jak myślałam. Tamtego dnia na łąkę wróciłam koło jedenastej i spodziewałam się, że dobrą godzinę przesiedzę na pusto. Ptasia ostrożność przeszła jednak moje oczekiwania, a może to nie była ostrożność tylko inna możliwość zdobycia pokarmu, pół kilometra dalej kombajn kosił pszenicę, a wiadomo, że wtedy można liczyć i na myszy i zajączki, albo jakieś spóźnione lęgi. Dopiero koło czternastej zobaczyłam dwa bieliki siedzące na modrzewiowej suszce w pobliżu czatowni. 


Nie tylko bieliki były zainteresowane obiadem, nie wiadomo skąd pojawiła się kania ruda, przez moment widziałam krogulca, był błotniak, orlik oraz, a jakże by inaczej kruki. 








Jednak zobaczywszy, że zmierzam w kierunku czatowni, wszyscy wynieśli się na stare pszeniczne rżysko, więc i ja dałam spokój. W poniedziałkowy ranek bielik lustrował łąkę, a to znaczyło, że przyzwyczaił się do miejsca i myślałam, że może wkrótce uda mi się zobaczyć go w akcji z bliska. I ponownie amatorów było sporo, pojawi się też drugi bielik, ale na kurzynę usiadły tylko kruki.  













Zrobiłam sobie dzień odpoczynku. Wiedziałam, że gdzieś robię błąd, albo nawet kilka błędów i w środę zasiadłam w czatowni grubo przed świtem, zanim jakikolwiek ptak się obudził, zanim pierwsze kruki wyleciały na patrol i to było bardzo dobre posunięcie. 


Szkoda tylko, że reszty nie przemyślałam tak gruntownie. Najpierw zjawił się jeden kruk, po chwili były już cztery, siedem, a w końcu siedemnaście. 



Nadleciały po cichu i bez nawoływań i korkowania zabrały się do jedzenia. Ale już po pięciu minutach zaczęły się awantury i odloty niby ze strachu. 



Myślałam, że odstraszają się nawzajem i nagle usłyszałam szum potężnych skrzydeł i zobaczyłam jak nad kruczym stadem zawisł bielik. 



Przejrzał się dokładnie, gdzie leży jedzenie i zaatakował, niestety nie udało mu się, źle wymierzył i w szponach zostało tylko źdźbło trawy. 


Spróbował jeszcze raz i jeszcze, ale kruki latały za nim jak F-16 starając się pokazać przewagę liczebną, i przeszkadzać jak tylko się da. Po kolejnej nieudanej próbie przysiadł trzydzieści metrów dalej na łące, zmęczony i zdumiony niepowodzeniem, a ja przeklinałam AF który piłował gałęzie, bielika nie widząc wcale. Wreszcie ptak poderwał się i spróbował jeszcze raz dostać do kurzych porcji. 


Coś się działo z obiektywem, ale z zamieszania i emocji nie wiedziałam, co. Ptaki były tak blisko, że z trudem je łapałam. 



Jest bardzo prawdopodobne, że bielik dopiął swego i umknął ze zdobyczą, bo kruki jeszcze chwilę nerwowo latały, a potem usiadły w trawie rozglądając się z żalem. Nie sądziłam, że potyczka dużego bielika ze stadem kruków będzie taka trudna i, że kruki z taką determinacją będą bronić tego, co znalazły. Kiedy i ja ochłonęłam, zobaczyłam co się stało z obiektywem, w tej całej szamotaninie, kręcąc nim na wszystkie strony by nadążyć za akcją zaplątałam go w moskitierę i najważniejsze zdjęcia w życiu robiłam przez siatkę. 


Zwlekałam z napisaniem tego posta, bo ciągle miałam nadzieję, że jeszcze przylecą, ale we wrześniu wiadomo, polowania i co za tym idzie mnóstwo okazji do łatwego zdobycia jedzenia. Może to i dobrze, bo kilka spraw przemyślałam, trochę poczytałam. Pewnie kiedyś przyjdzie taki dzień, że się spotkamy i ja będę o tym wiedziała, a on nie i uda mi się zrobić ładne zdjęcia. Prawie udało się z jeleniami, uda się i z bielikami. Muszę tylko być cierpliwa, a wtedy, nie, nie, nie założę sobie pętli na szyję i trzeciej części nie będzie, będzie taki zwyczajny bielikowy post.

poniedziałek, 14 marca 2016

Omamiona

Omamiona wczorajszym słońcem wyrwałam się na chwilę w tarninowe chaszcze za Dużą Łąką. Wyprawa okazała się owocna, ale nieuchronne będzie zbudowanie czatowni, bo siedzenie w krzakach daje bardzo małe szanse na prawdziwe ukrycie się przed drapolami. Ten ich wzrok wyłapujący każdy najmniejszy ruch, budzi podziw i jednocześnie nie daje szans na spokojne fotografowanie. Otóż na ukryte w trawie kąski skusiły się myszołowy. 


Myszołowy dobierają się w pary na całe życie, więc obserwowane od trzech tygodni ptaki muszą być młode. Zajęte zalotami witały mnie niechętnymi okrzykami przy każdym wejściu na Maruńskie Łąki i odlatywały do lasu. Samiczka wybrała wreszcie spośród dwóch konkurentów, małżeństwo zostało skonsumowane i para zabrała się za budowę gniazda by w kwietniu znieść jaja i zacząć wysiadywanie.  Budowa gniazda to jedno, a jeść trzeba. Myszołowy lubią myszy polne, nornice, a po przylocie żurawi zdobycie czegoś do jedzenia stało się trochę trudniejsze. Czekałam i czekałam, zimny wiatr i gęste gałęzie skutecznie redukowały słoneczne ciepło i kiedy zaczęłam żałować, że nie poszłam na zwykły spacer przeleciały lotem patrolowym nad okolicą, dojrzały co w trawie leży i bez zbędnych ceregieli usiadły. Mały ruch ręką i wizyta skończyła się po niespełna 30 sekundach. 







Może to i dobrze, bo solidnie zmarzłam, a poza tym, gdybym została dłużej nie spotkałabym kani rudej. 


Sąsiad wiele razy opowiadał mi, że ona gdzieś w naszej okolicy mieszka, ale nigdy nie miałam okazji jej zobaczyć, a tym razem właśnie przecinała łąkę na ukos i może słabo, ale się udało. 




Amatorów drobnych gryzoni na Maruńskich Łąkach coraz więcej, bo to lis, bocian, żuraw, myszołów, kania, kruk, bielik, orlik, błotniak, srokosz i nie wiadomo, kto tam jeszcze ma je w swojej diecie. I pewnie dlatego myszy mieszkające w naszej paszarni omamione świętym spokojem, porzuciły świeże powietrze, słońce i ewentualny wiatr we włosach, dogadały się z sypiającym w paszarni kotem i nie mają najmniejszego zamiaru jej opuścić.