Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimorodek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimorodek. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2016

Świt do świtu podobny

Świt do świtu podobny, ale tylko na początku. I wczoraj i dzisiaj, dobrze po czwartej w pasie dużych drzew za stajnią nawoływała się para puszczyków. On trochę skrzeczał, trochę uchuchuchał, ona odpowiadała po swojemu. Wczoraj pod lasem z rzadka porykiwał byk, wczoraj też mgła jak mleko trwała i trwała. O ósmej zniecierpliwiona postanowiłam mimo wszystko wybrać się nad Nenufarowe Jeziorko, bo tam przecież mogło być inaczej. Napotkany po drodze kowalik kręcił głową i kuperkiem i mówił,
- gdzie tu sssensss w taką mgłę, gdzie sssensss?


-Już ty się nie martw maleńki, bo nad jeziorem może nie być mgły i czuję, że czeka mnie tam jakaś miła niespodzianka. Miałam racje, przywitał mnie ptasi harmider i dosłownie po minucie na gałązce olchy przysiadł zimorodek. 



Przyglądał mi się uważnie i uznawszy, że lepiej obejrzy mnie sobie z innej gałązki przeleciał kawałek dalej, po czym wycofał się w głąb małej osłoniętej zatoczki. 




Jego miejsce na chwilę zajął jakiś maluch, łyskający białym lusterkiem w ogonie. 


Niestety nie wiem, co za jeden. Po piętnastu minutach wrócił zimorodek 


i znowu przyglądał mi się, po czym wykonał pokazowy lot tuż nad wodą, mknąc prosto i szybko jak strzała i więcej się nie pokazał. Kiedy wracałam do domu także spotkałam kowalika spacerującego szybciutko po asfalcie. 


Zapytał,
- i jak tam ssssspotkanie,
- przyleciał zimorodek,
- to wsssspaniale, wsssspaniale.

Było wspaniale, bo od wiosny próbowałam udokumentować spotkania na Nenufarowym Jeziorku, ale nie udało mi się nawet maziaja zrobić, taki był szybki. Tak było wczoraj, a dzisiaj prócz puszczyków w okolicy nieźle trąbiły trzy byki. Tak, to tak zebrałam się po piątej i poszłam na łąkę pod las. Słońce powoli wyzłacało chmurki,


ale łąka i pasący się na niej koziołek były jeszcze w zupełnym cieniu i mgle. 



Byk, który do tej pory stał w miejscu, zaczął się oddalać. Wystarczyło, że dotarłam do następnej górki, za którą dopiero co było go słychać, a on już odzywał się zza następnej. 


Dałam za wygraną, jeszcze za nim szłam, ale zatrzymywałam się, by oglądać niezwykły tego ranka wschód słońca, 




a on porykiwał już gdzieś za siódmym pagórkiem, a może nawet w lesie. Na śniadanie zdążała para myszołowów i jeszcze raz przekonałam się jak inaczej, piękniej wyglądają ptaki o złotej godzinie. 


Jak świat wygląda pięknie. 



Świt do świtu podobny, świt od świtu piękniejszy, ale najpiękniejszy ten świt, który przede mną.

czwartek, 12 maja 2016

Beczka bez dna

Dzisiaj jest taki dzień, że powinnam była wyjść z domu znacznie wcześniej i wrócić dopiero jak się ściemni. Zaczęło się od jaskółek pluskających się w Dąbrówce, 


potem było półtorej godziny siedzenia nad Pisą i dumania i kiedy już, już miałam zrezygnować, najpierw w czarnym bzie dała się słyszeć jakaś awantura, po czym wyleciał stamtąd kos, a po chwili "coś błękitem mignęło". 


Zimorodek jest bardzo zaborczy, kontroluje odcinek rzeki nawet na przestrzeni sześciu kilometrów, więc buszowanie kosa na brzegu nie spodobało mu się. Nadleciał, zanurkował i  z czymś w dziobie, przysiadł na gałązce. Zaczął to obracać, a ja jak zwykle zaczęłam wariować z emocji, bo prędzej bym się traczy spodziewała.  Jak już zjadł, zanurkował kilka razy i wyglądało to jak rozkoszna kąpiel, po czym usiadł na chwile w cieniu, przyjrzał się dziwnemu zielonemu kopczykowi z wystającą czarną rurą, którego wczoraj z pewnością tu nie było i odleciał. 













Czyż nie piękna ta Pisa? Dzisiaj już niczego więcej nie było mi trzeba. Wiem gdzie jest jego rewir i zawsze mogę tu wrócić. Po drodze spotkałam żerującego u podstawy pni dzięcioła dużego. 


Myślałam, że to na dzisiaj koniec atrakcji, ale wystarczyło, że wyszłam z domu na taras by odbyć pierwsze szukanie kleszczy, gdy nad łąką zobaczyłam szybującego błotniaka. 




Co go tam w południe przyciągnęło nie wiedziałam, ale kiedy dojrzałam na jaskrawo zielonym tle długie uszy domyśliłam się, co planował. 


Zając siedział jak sparaliżowany. Podchodziłam do niego powoli, a on się tylko obracał i kiedy pomyślałam, że jest ranny nagle pokazał, co potrafi. 






Mogłam wreszcie wrócić do domu. Ogarnęłam się trochę i ze szklaneczką soku usiadłam na tarasie i wtedy usłyszałam klekot. Na stodole sąsiada siedział bocian. 


Pomyślałam, rychło w czas, dobre dwa miesiące za późno, potem spojrzałam na stajnię Franka i Borówki, no nie, na wywietrzniku siedziały jeszcze dwa. 


Co robiły, czy zostały i będą odbudowywać gniazdo opowiem jak się sytuacja rozwinie. Do zachodu słońca jest jeszcze parę godzin, a nad stawem krąży właśnie czapla siwa. Taki dzień nazywa się „beczka bez dna”.

środa, 23 września 2015

Przyjaźń

Żurawi Staw opustoszał. Jeszcze w sierpniu można było spotkać brodźce i krzyżówki, 


ale po pierwszej strzelaninie pod koniec sierpnia nie ma nic. Rzadko tam zaglądam, a jeśli już to na chwilę by napatrzeć się na ptasią drobnicę, spotkać sarny albo dziki. A jeśli kaczki to już prędzej na Nenufarowym. Najbardziej lubię północną zatoczkę gdzie oprócz kaczek bywają zimorodek i perkozek. Zimorodek lubi bywać sam, 


a perkoza ostatnio widuję w towarzystwie. To było na początku września, dzień był pochmurny i trochę wietrzny, więc na spacer wybrałam się koło południa. Pewnie z powodu wiatru udało mi się podejść blisko brzegu. Niemal na środku pływał perkozek, 


a na nenufarowym kłączu spała sobie w najlepsze krzyżówka. 


On się trochę rozglądał, ale kaczy sen działał na niego uspokajająco. Jeśli kaczka śpi, to, czym się martwić, wprawdzie gałęzie na brzegu podejrzanie szumią i woda podejrzanie chlupie, ale skoro ona śpi. Nurkował blisko kłącza, od czasu do czasu spoglądając w moim kierunku. 


Kiedy nasycił głód zabrał się za toaletę. Puszył się, stroszył piórka, otrzepywał, natłuszczał, na mnie już nie patrzył tylko na kaczkę, a ona wciąż spała. 





Nie pamiętam co się stało, ale kaczka nagle się obudziła, niespiesznie zeszła z kłącza i popłynęła w szuwary, a perkozek dał nura i oboje zniknęli. 



Trzy dni później, rankiem w północnej zatoczce pływały dwie kaczki i oczywiście perkozek. 


Tym razem wiatr nie był sprzyjający, a i dwie kaczki to nie jedna. Szybko doszły do wniosku, że bezpiecznie nie jest i popłynęły w kierunku tajnej zatoczki do której dojścia w żaden sposób nie mogę znaleźć,


a to jest prawdopodobne miejsce gniazdowania żurawi, teren polowania zimorodka i żerowisko czapli, azyl dostępny tylko ptakom. W tym, że perkozek pływa z kaczkami nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że kaczki zniknąwszy za zakrętem zaczęły go wołać. On zanurkował jeszcze raz, jeszcze popatrzył w moim kierunku, ale one ciągle pokwakiwały
- Perkozek, choć z nami, tam nie jest bezpiecznie, nie zostawaj sam.


Dał nura i po chwili kaczki przestały kwakać. Taka historia powtórzyła się tydzień temu. Perkozek i kaczka łowili spokojnie póki nie poślizgnęłam się na mokrym pniu. 



Kaczka natychmiast odpłynęła mocno w prawo, a kiedy perkozek się ociągał zaczęła go nawoływać
- Podpłyń tu, tu jest też dobre miejsce do nurkowania. Zdaje mi się, że tam ktoś jest.
On tylko patrzył i powoli nurkując podpłynął do niej, a potem coś sobie szeptali, ale to było za daleko, żeby mogła usłyszeć. 

Pomyślałam sobie, jakie trudne jest życie młodych. Rodzice zajęci kolejnymi lęgami, już im nie pomagają, muszą sobie radzić same. Więc nawiązują znajomości, a nawet przyjaźnie, bo jak nazwać to, że większe ptaki troszczą się o mniejszego i to innego gatunku. Za pół roku wiosną, kiedy do głosu dojdzie instynkt, każde z nich pójdzie swoją drogą, ale teraz, teraz są młodzi i pełni ideałów, tak jak my kiedyś. Dziś okazało się, że nie tylko kaczki są przyjaciółmi perkozka, dziś pływał w północnej zatoczce w towarzystwie kokoszki. 




I dziś wykorzystał to, czego na mój temat nauczyły go kaczki. To ona płynęła w moją stronę, beztrosko rozglądając się za jedzeniem, 



a on usłyszawszy pstrykanie, jeszcze trochę nasłuchiwał, a potem zawołał cichutko

- Kokoszka, nie bój się, ale lepiej nie płyń tam, lepiej wracajmy.