Dzisiaj od rana miało padać, ostatecznie front
atmosferyczny wykonał jakąś dziwna woltę i koło dziewiątej zupełnie się przejaśniło.
Pomyślałam, że można by sprawdzić jak tam
stan wód na Nenufarowym, czy może coś przyleciało i zostało, czyli spacer
wyrywkowo kontrolny. Słońce świeciło
mocno, ale wiał silny, zimny północny wiatr. Po drodze spotkałam żurawie schowane na
świeżo obsianym polu pod lasem. One pasły się w części z owsem, a na kawałku
pszenicznym podjadały grzywacze.
Wiatr nie przeszkadzał śpiewającemu na brzozie
świergotkowi.
W lesie popisywały się zięby i sikory, ale
przede wszystkim w lesie było zacisznie, cieplutko, w prześwitach słonecznie,
słowem cudownie tak jak w naszych tęsknotach i wyobrażeniach o wiośnie. Jeziorko pełne wody, stanowiska wędkarskie
podtopione tak, że bez woderów nie da rady podejść. Na zachodnim brzegu dwa
duże żeremia, a to oznacza duże bobrze rodziny,
a to oznacza potrzebę jedzenia,
a to z kolei oznacza, że jeziorko w krótkim czasie może wrócić do stanu sprzed lat,
kiedy brzegi nie były tak gęsto porośnięte drzewami. Jak będzie, czas pokaże.
Szłam sobie leśną drogą i patrzyłam na to całe budzące się do życia piękno.
Na
coraz śmielej wychylające się z wody zielone liście grążeli,
na buszującego
wśród przybrzeżnych zarośli rudzika,
na zaczynająca kwitnąć złoć,
na ziębę
konkurującą z siedzącym znacznie wyżej i tylko po śpiewie rozpoznanym
pierwiosnkiem.
A w drodze powrotnej na leśnej krzyżówce próbowałam zrobić
zdjęcie pławiącym się w wiosennym słońcu osom.
Mimo, że po południu zachmurzyło
się, to cudowne ciepło wiosennego poranka zostało we mnie do wieczora, a wieczorem? Na
kilka minut rozsunęły się ołowiane chmury zasnuwające niebo i słońce pokazało
jak pięknie potrafi zachodzić.













