O piątej rano mgła ledwo przykrywała łąkę, ale godzinę później,
gdy słońce pokazało się nad lasem gęsty, złotawy puch unosił się nad całą
okolicą.
Usłyszałam ich krzyk blisko na skraju łąki i pomyślałam, że mgła może
być moim sprzymierzeńcem. Jeśli uda mi się dotrzeć do krzywej sosny, będą moje.
Udało się, one mnie prawie nie widziały, prawie, bo odeszły tylko kilka metrów,
ale i ja ich prawie nie widziałam.
Czekałam cierpliwie, aż słońce pójdzie wyżej,
a potem już tylko patrzyłam i patrzyłam. Było ich dziewięć, część stała na pagórku,
kilka trochę niżej.
Pielęgnowały pióra, wdawały się w małe potyczki, przechylały w tył głowę trąbiąc jak tylko żurawie potrafią i
nawoływały inne żurawie, które tradycyjnie od świtu przebywały na rżysku.
Przechadzały się
parami, a jeden szczególnie podejrzliwy kilka razy zapuścił się w moją stroną,
za każdym razem coraz bliżej i za każdym razem rezygnował z osobistego
zapoznania się, z tym czymś, co stało pod sosną, najważniejsze, że było
nieruchome.
Wreszcie zaczęły odlatywać, jedne, pewnie młode leciały parami
na rżysko,
a te, które zostawiły partnerów na jajach, pojedynczo w stronę
gniazd.
To był nieprawdopodobnie piękny
poranek,
zwłaszcza, że na żurawiach się nie skończyło, po drodze były jeszcze
kopciuszki, rudziki i wisząca nad łąką pustułka. Wchodząc do domu pomyślałam,
że w taki poranek to i dudek mógłby przylecieć. Nie wiem jak to się stało, ale
po chwili stojąc przy oknie usłyszałam lekko przytłumione tutu tuk, tutu tuk,
tutu tuk. Jak oparzona wybiegłam na podwórko, to wołanie dochodziło z brzozy.
Jak
widać, życzenia pomyślane we właściwej chwili spełniają się.



















































