Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trznadle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trznadle. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2017

Trznadle

Nie lubią towarzystwa ludzi, a szkoda, bo zimą ich śpiew jest wyjątkowo miły. Prawie cały rok mieszkają na polach, nieużytkach, miedzach i dopiero, kiedy przyjdzie większy mróz zaczynają przylatywać pod dom. Zwykle pod koniec grudnia, na początku stycznia. Są ostrożne, najpierw siadają na oddalonym nieco drzewie i oceniają sytuację. Nawet, jeśli są głodne potrafią długo czekać aż nabiorą pewności, że nic im nie grozi. Rzadko zaglądają do karmnika, tam jest zawsze tłum sikor, mazurków i innych amatorów słonecznika. One wolą to, co jest wysypane pod karmnikiem, jęczmień, pszenicę czy owies. Podjedzą trochę i zadowolone przesiadują na gałązkach czekając kolejnej dogodnej sytuacji, by sfrunąć, znaleźć to jedno, upatrzone, najsmaczniejsze ziarenko, rozetrzeć je grubym dziobem, przełknąć i wracają by dalej wypatrywać. A kiedy zbliża się zachód słońca lubią pogawędzić ze znajomym, może o tym, że dzień był nie taki mroźny, ale na wiosną to przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Cytrynowe ozdoby zimowego krajobrazu, trznadle.

























poniedziałek, 1 czerwca 2015

Modra dwunastka

Wszystko przez ten zimny północny wiatr. W sobotę, zamiast pić poranną kawę na tarasie piłam ja w domu, a na świat gapiłam się przez tarasowe okno, a to przecież nie to samo. Piłam i zastanawiałam się skąd o 6.30 taki wzmożony ruch i rejwach ptactwa, aż wreszcie mnie oświeciło. Czy to czasem nie modraszki wyprowadziły młode? 


Wszystko wyglądało jak przed rokiem tylko ptaków i hałasu było więcej. Przylatywały, przysiadały na pęcherznicy, na huśtawce, na belkach, zawisały głową w dół na rynnie i prezentowały się malutkie, żółciutkie, śliczne kurczaki. Kiedy wreszcie wyszłam na taras było po ptakach, tylko zdumiona makolągwa opuściła na chwilę swoje zajęcia i przysiadła na sośnie by zobaczyć, co się dzieje.


Wszystkie sikory najpierw przeleciały na leszczyny, a kiedy podeszłam bliżej przeniosły się na brzozę. No cóż nie ma zmiłuj, wyszłam na Dużą Łąkę i próbowałam coś zobaczyć. Brzoza pełna była cit-ciitania i opowiadania, kto pierwszy wyfrunął, kto pierwszy doleciał i jaki świat jest piękny, kto ma bardziej żółty brzuszek, kto co widział, kto jest najbardziej głodny i ciekawe, co będzie na śniadanie. Najbardziej widoczna była mama, 


a zobaczenie maluchów przez poruszane wiatrem i błyszczące w słońcu listki graniczyło z cudem. 


W końcu zaczęły przelatywać z brzozy gdzieś w kierunku drewutni z przystankiem na linii, 


a ja zaczęłam liczyć. Doliczyłam do czternastu i … pomyślałam, że to chyba dwie pary wyprowadziły młode. Później doczytałam, że modraszka może znieść nawet 12 jaj, jeśli doliczymy rodziców to wszystko się zgadza. Towarzystwo usadowiło się w rosnących za drewutnią sośnie, dębie i kwitnącym akurat głogu i walcząc z wiatrem z determinacją zaczęło domagać się jedzenia.







Nie wiedząc co się dzieje trznadel przysiadł na modrzewiu i zaczął nerwowo śpiewać


Rodzice uwijali się jak w ukropie, by nastarczyć z wkładaniem gąsieniczek, muszek i sosnowych łusek w otwierające się żółte dzióbki.






W niedzielny ranek całe to modre przedszkole siedziało nad brzozie i dębie nad stawem i na moje ucho ich liczba się nie zmieniła. 




Mała modraszka pilnie obserwowała, co mama przynosi jej do jedzenia i kiedy zjadła kolejnego długiego robala pokazała mamie, że ona już sama umie takie robale zdobyć. Urwała długi kosmaty kwiatostan dębu i zadowolona z siebie zawołała,
-  Zobacz jak tu dużo tych robaków, ja już mogę sama je zbierać.
-  Jesteś bardzo spostrzegawczy mój  dziubeczku, ale jeszcze za malutki by samemu szukać jedzenia, jeszcze ze dwa dni cię pokarmię.





Po czym usiadła na niższej gałązce i powiedziała.
- Co za czasy, takie małe a takie pomysłowe i po kim to ma?


Wygląda na to, że mamy rok obfitości w robaczki grasujące na drzewach i w ptaki, które wiedzą, że dadzą radę wykarmić nawet dwanaście gębulek. Ciekawe, na co są te łuski sosnowych kwiatów i jaki wpływ na ten piękny, zdrowy, tak duży i taki mądry lęg miała wcześniejsza konsumpcja kwiatów tarniny. Bo, że miała nie mam wątpliwości.

środa, 21 stycznia 2015

Puchate siwe kulki

Są u nas przez cały rok, ale widuję je tylko w styczniu, kiedy zima jest śnieżna i dokucza największy mróz. 


 Wtedy przylatują pod dom na wyłożone pod drzewami albo powieszone na gałązkach jabłka. Dają sobie radą nawet z tymi zmarzniętymi na kość. 




Tak je pamiętam z poprzednich mroźnych zim, siedzące na rajskiej jabłonce puchate siwe kulki. Dwa lata temu w styczniu pasły się razem z mazurkami, trznadlami i jemiołuszkami. 



Rok temu w styczniu, kiedy nagle zrobiło się -15 st. także były częstymi gośćmi pod karmnikiem i, o dziwo w karmniku. 









Czasem trzeba było poczekać w kosodrzewinie aż głód nasyci samiczka kosa. 



Jeden kwiczoł chyba przyzwyczaił się i przywiązał, bo przylatywał nawet w lutym, kiedy inne kwiczoły latały stadami szukając najlepszego miejsca do założenia kolonii.







Jednak największa i to bardzo miła niespodzianka spotkała mnie w kwietniu, kiedy przyleciał raz jeszcze, usiadł na lipie i powiedział
- Zobacz przeżyłem, fajnie tu z tobą było tej zimy.
- Ach, dziękuję mój drogi, mam nadzieję, że znajdziesz piękną żonę i doczekasz się gromadki dzieci.
Rozejrzał się tylko jakby chciał powiedzieć - no cóż i poleciał.




W tym roku kwiczołów jeszcze nie było i pewnie nie przylecą, bo, według meteorologów dużych mrozów tej zimy już nie będzie. Zimy nie, ale koty i wszelkiej maści drapole są. Wczoraj koło paśnika znalazłam piórka. Wiem, wiem …, ale tak bym chciała żeby mój kwiczoł żył.