Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurka wodna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurka wodna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2015

Piruecik

Perkozek był pierwszym poza krzyżówkami ptakiem, któremu zrobiłam zdjęcie na Żurawim Stawie. Wtedy nawet nie wiedziałam, że to on. 


To nie jest to zdjęcie, to zrobiłam wczoraj, kiedy na większej części stawu już nie było słońca. Kolejne spotkanie były na tyle wyraźne by go zidentyfikować, ale dalekie. 


Jednak przez miesiąc podglądania zobaczyłam jak z głośnym na całą okolicę bi bi bi bi bi, uganiają się za sobą, jak budują gniazda, wypatrzyłam dwa, a jest ich chyba więcej. 








W tym małym puchatym ciałku siedzi rogata dusza, widziałam jak samczyk perkozek przeganiał dużo większego od niego samca kurki wodnej.


Kilka dni temu, kiedy odwiedziłam Żurawi Staw okazało się, że ktoś majstrował przy zbudowanej przez bobry tamie i woda w stawie obniżyła się o jakieś pół metra. Perkozkowe gniazdo nie jest już pojedynczą sztuką na wodzie, znajduje się na większej łasze, na której odpoczywają samce krzyżówek, a i przepędzana kurka także znalazła tam swoje miejsce. 


Perkozków na gnieździe nie było, pływały obok.






W pewnym momencie jedno z rodziców wdrapało się na wysepkę, podeszło do gniazda, policzyło jaja i stwierdziwszy, że wszystko się zgadza, zeszło na powrót do wody. 





Wyczytałam, że one nie siedzą na jajach bez przerwy, a na czas żerowania przykrywają je kawałkami roślin, które gnijąc wytwarzają ciepło. Nie jest to wystarczające ciepło by pisklęta same się wykluły, ale na tyle dobre, że rodzice mogą spokojnie najeść się i wypielęgnować pióra. Te pióra wyglądają z daleka dość dziwnie, trochę przypominają puch. 



Najważniejsze, że spełniają swoje zadanie i pozwalają perkozkowi bezpiecznie nurkować na głębokość nawet 20 metrów. Kiedy wychodzą na ląd wyglądają dość niezdarnie, ale w wodzie jest już zupełnie inaczej. Udało mi się zobaczyć taki oto piękny perkozi piruecik.













I wczorajsze spotkanie było piękne, ale o tym innym razem.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Trzy dni, trzy niespodzianki

Zaintrygowana czarną kaczką podreptałam w piątek na chwilę nad Żurawi Staw i być może rozwiązałam zagadkę. Pływały dwa szaroczarne ptaki, ale bardzo daleko. Jeden z nich błyszczał krwistoczerwonym dziobem.





Po powrocie do domu okazało się, że i dla kurki wodnej, czyli kokoszki jest miejsce na stawie. Zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie przeciągającej się cyrance.


W sobotę po południu postanowiłam zobaczyć, co się dzieje na jeziorku przy Dąbrówce. Mniej więcej w połowie drogi usłyszałam nad głowa znajome fuczenie.


Chyba przerwałam wiewiórce plądrowanie świeżo założonych ptasich gniazd. Spojrzała na mnie z wyrzutem i położywszy obie łapki na brzuszku furknęła
- Z głodu mnie ssie, a ty musisz akurat teraz robić zdjęcia?


Przeprosiłam i poszłam dalej. W północnej zatoczce już powychodziły listki nenufarów. Oj, będzie pięknie i to już nie długo.


Za cyplem w tej samej zatoce chyba gniazduje para żurawi. Spłoszyłam je, a potem widziałam jak wracają na miejsce.


A tak wygląda pełne morze, czyli południowa największa część jeziorka. Słychać i gągoły i cyraneczki, ale schowane gdzieś w trzcinach, a łabędzi, które od najwcześniejszej wiosny tu pływały, ani śladu.


Kiedy wracałam najpierw starała się odciągnąć mnie od gniazda bogatka,


A kawałek dalej strasznie zdenerwowałam zięby.


Zrobiło się pochmurno, zaczął przepadywać deszcz, więc postanowiłam wracać, a tu w trzcinach coś mi błysnęło.


Gniazdo, a na nim pani łabędziowa. Wierciła się, przewracała jaja, poprawiała gniazdo, wreszcie postanowiła zejść i trochę się posilić.




Kawałek dalej pan mąż wyławiał zapamiętale jakieś badylki i odrzucał je na boki, a po chwili zebrał ich spora wiązkę w dziób i popłynął do gniazda.



Do domu wracałam w rzęsistym deszczu. Jak już tak zaczęłam odwiedzać stare miejsca to w niedzielę przyszła pora na bobry za szosą. Koło 16.00 pogoda zdjęciowa nie była, ale spacerowa owszem. Okazuje się, że wiosną, kiedy i gdzie się nie pójdzie zawsze można liczyć na niespodzianki. Na spacer wybrał się ze mną mój syn Michał, który akurat wpadł z krótką wizytą i nienagadani, całą drogę gawędziliśmy, a to miało skutki różne. Najpierw przy Dużej Kępie wypłoszyliśmy żurawia,


ale zaraz potem było, o zobacz coś tam leci. Ano leciał myszołów.


O żuraw wraca.


Nie, to nie to nie żuraw …, o rany …, to bocian …, bocian czarny. Gdyby nie Michał dalej bym szła z oczami utkwionymi w rowie, bo przecież szliśmy na bobry. A tu rarytasik. Bocian miał ochotę coś przekąsić przed wieczorem, ale weszliśmy mu w paradę. Pokręcił się trochę, nawet przysiadł na świerku i w końcu głodny odleciał w kierunku gdzie pięć lat temu, w środku lasu widziałam umieszczone na wysokiej lipie, wielkie gniazdo.








Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy w bardziej korzystnych warunkach słonecznych, bo te niedzielne były nawet urocze, ale do focenia ptaków słabe.