Deszcz padał od rana, bardzo pięknie padał. Nie była to dzika
ulewa, podczas której woda spływa ścieżkami i ginie gdzieś w parowach, a
miarowy spokojny deszcz. Najpierw zwilżył powierzchnię, otworzył kanaliki do
głębszych warstw gleby a potem ziemia zaczęła nasiąkać, a
spragnione rośliny pić. Ulewa przygniotłaby delikatne maki do ziemi, a miły
letni deszcz obmył je tylko z kurzu. Kielichy miały opuszczone tak jak my wychodząc
z jeziora pochlamy głowy by woda trzymająca się włosów szybciej spłynęła.
Napatrzyłam się na maki, a potem siedząc na tarasie słuchałam gwarzenia rozradowanych
ciepłem ptaków. Nagle Gapa oparłszy się łapami o furtkę przy pastwisku zaczęła
szczekać, jakoś tak wyjątkowo wściekle. Koło paśnika coś brązowego przytuliło się
do trawy.
Gapa nie lubi kotów, ale aż tak zajadle na nie nie szczeka. Weszłam
na pastwisko i pod brzozą zobaczyłam małego dziczka.
Zmęczony i trochę mokry był
sam, sam jeden. Podniósł się i potruchtał w kierunku stajni, a
potem obwąchując teren szedł wzdłuż ogrodzenia.
Przy słupku przystanął i lekko się
przeczochrał.
Mógł być mokry od deszczu, ale mógł też wziąć kąpiel w stawie. Może,
dlatego był taki zmęczony, bo przy wysokiej wodzie ciężko mu było wyjść na brzeg.
Dotarł w końcu do drogi, przebiegł przez nią i zniknął wśród wysokich traw czekającej
na koszenie łąki.
Jeśli był z marcowego miotu to akurat teraz przestał ssać mleko
matki i potrafi się sam wyżywić. Nie ma wyjścia, matkę pewnie przez pomyłkę
zabili pasjonaci łowiectwa, rodzeństwo ze strachu rozproszyło się, albo i ono
zostało zabite. I tak to trzymiesięczny sierota wędruje sam przez pola, łąki, starając
się pamiętać, czego uczyła go matka by w tym najokrutniejszym ze światów
doczekać jutra.




































































