Ta historia miała być napisana tydzień temu. Przy drodze
wiodącej do wsi w starym podworskim parku zakwitły dzikie cebulice.
Niedzielne
popołudnie było piękne, więc wybrałam się na spacer by zrobić zdjęcia kwiatom.
Okazało się, że kwitną także niezapominajki,
pierwiosnki, które w dzieciństwie nazywałam
kluczykami.
Zajrzałam jeszcze nad jeziorko przy Dąbrówce gdzie łabędzica
siedziała na gnieździe,
a w kwitnących czeremchach śpiewał pierwiosnek.
W południowej
części jeziorka, daleko od brzegu na wystających z wody kłączach nenufarów zobaczyłam
ptasią parę, chyba nurogęsi. Nie byłam przygotowana by przejść przez mokradła,
więc zrobiłam kilka zdjęć z daleka dla sprawdzenia czy to one. Wracałam do domu
zadowolona, a kiedy wyszłam z lasu okazało się, że to nie koniec atrakcji. Na
szmaragdowo zielonym polu podświetlony zachodzącym słońcem pasł się żuraw a po
drugiej stronie drogi resztki nieskiełkowanego owsa wyjadały kolejne trzy żurawie.
Zaczęłam je podchodzić i nagle w odległości jakichś 30 metrów zobaczyłam czajkę.
To był samczyk, z loczkami na głowie, z piórami opalizującymi na zielono,
piękny i w dodatku nie bał się, nie reagował na trzask migawki. Zbliżałam się
powoli i tu nastąpiło owo rozsławione przez Tytusa Romka i Atomka Henryka
Jerzego Chmielewskiego, „gdy wtem”. Nadleciał kruk i zaatakował siedzącą
nieopodal samiczkę. Obie czajki współpracując zmusiły
jednak kruka do odwrotu. Trzaskałam zdjęcia seryjnie ciesząc się, że czajki dają radę krukowi i że wogóle coś
takiego mi się trafiło. Potem jeszcze wyleciał w górę skowronek a na końcu na
kołku przysiadła pokląskwa. Wpadłam podekscytowana do domu i pędem do
komputera, a tu ostatnim zdjęciem z nad jeziorka jest to z pierwiosnkiem a
potem jest pokląskwa.
No, ale jak to,
jak do tego doszło, „gdzie Zurich, gdzie Szwajcaria”. Jak przeszło oszołomienie
i niewymowny żal, zadzwoniłam do kolegi speca i okazało się, że to wina karty,
że istotna jest szybkość zapisu, ta, którą mam nie nadążała i wyrzuciła część materiału i trzeba zmienić. Tak
czy siak, coś, o czym marzyłam, zdjęcia gniazdujących na moim terenie czajek i akcję
z atakiem kruka diabli wzięli. W tę sobotę okazało się, że powiedzenie, iż nic
dwa razy się nie zdarza nie do końca jest prawdziwe. Późnym południem wyszłam
poszwędać się. Najpierw zobaczyłam żurawia.
Naraz tuż koło niego poderwał się do lotu … poderwała się czajka.
To nie
ja ją wystraszyłam a nadlatujący z przeciwnej strony kruk.
Naczytałam się, że
gniazdo czajki łatwo znaleźć i poszłam w kierunku skąd ptaki odleciały
przepędzając kruka, ale przecież jest maj i teraz to czajki prawdopodobnie chronią swoje pisklęta, więc nic nie znalazłam. Idąc traktorowym śladem przez pole owsa
wypatrywałam ich i wreszcie dostrzegłam jedną w głębi pola.
Po chwili poderwała
się do lotu i krążyła trochę wokół mnie a trochę przy miedzy,
wreszcie zmusiła
do lotu kogoś, kto wywoływał jej niepokój.
To błotniak, chyba łąkowy.
Trudno
zorientować się w sytuacji, kiedy nie siedzi się schowanym w czatowni skąd ma się
widok na scenę. Byłam w środku tego zamieszania i nie nadążałam za ich tokiem
myślenia a co dopiero za lotem. No, ale nie mogłam mieć wymagań. Mnie chodziło
o zdjęcia im o życie. W końcu błotniak zrezygnował, a czajkom zostało uporać
się ze mną.
Postraszyły trochę przelatując tuż nad głową, usłyszałam ich piękne
pokrzykiwanie i dałam spokój. Wczoraj traktor rozsiewał nawóz a dzisiaj kruk, błotniak i na dokładkę ja, czy to nie za dużo jak na dwa niewielkie ptaki? Myślę, że one były tu także w poprzednich latach
tylko ugór lepiej je chronił i przed drapolami i przede mną. Marzenia o
zrobieniu zdjęć czajce oko w oko z bliska pewnie trzeba odłożyć na później, ale, że one tu są i gniazdują w pobliżu mojej łąki to jedna z najpiękniejszych rzeczy,
która mnie tej wiosny spotkała.










































