Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bocian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bocian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 maja 2017

Kicał zając

Kicał zając polną drogą
Nie zważając na nikogo
Włos zmierzwiony, nóżki bose
Uwalane w rannej rosie
Wilgoć zawsze jest udręką
Więc pocieszał się piosenką
„ Kica zając polna drogą…”












Dokicawszy do człowieka
Spojrzał, wcale nie uciekał
Lecz spod wąsa, rzekł z fasonem
Zapodziałem gdzieś mą żonę
I odwróciwszy się na pięcie
Kontynuował swe zajęcie

„Kica zając polna drogą…”









Tak to z zającami bywa
Że choć polnych dróg ubywa
One kilka razy w roku
W jakimś szale i amoku
Podążają dróg tych skrajem
Poszukując się nawzajem
„Kica zając polną drogą…”

piątek, 24 lipca 2015

Szczęściara

Podkusiło mnie wczoraj wieczorem i poszłam na łąki za szosą. Może zdjęcia nie są najlepsze, ale co zobaczyłam to moje. Przyznaję, że nie szłam na bobry i żurawie, pomyślałam że skoro ptaki zaczęły szybciej różne swoje ceremonie, jeśli sarny już romansują na ostro, to może i jelenie spotkam. Po drodze były pałka wodna, bocian i mocno zdenerwowany jego obecnością żuraw. 




A pod lasem, jak na zamówienie stały dwie łanie z cielakami. Niestety, a może stety, bo inaczej od razu by uciekły, stałam w trawie po czubek głowy i dzięki temu, że nie było mnie widać, udało mi się chociaż tyle. 




Jak zwykle ogarnięta euforią, przestałam uważać i wypłoszyłam bobra ogryzającego na brzegu rowu wierzbę, a zaraz potem sarnę. 


Pogodzona ze stratą, doszłam do rowu przecinającego łąki i wśród balotów zwanych z podlaska ciukami pojawił się on. 
 

A wiec to tak, to na niego czekała koza. Nie spieszył się, podjadał smakowite trawki i łąkowe ziółka, a momentami kiedy sobie przypominał, że przecież ona tam czeka, podkłusowywał, by po chwili znowu wrócić do jedzenia. 










Kto wie jak blisko by podszedł gdyby nie komar, który usiłował mi wlecieć do nosa. Nie dałam rady, zaczęłam dmuchać, prychać, kasłać i koziołek poszedł galopem w las, a na łąkę wyszedł 100 metrów dalej. Pewny swego skubał trawę, bo w lesie trochę przed nim odzywała się koza i wiedział, że wyjdzie jak tylko zniknę z pola widzenia. 


No to zniknęłam, rozbrojona kompletnie nie myśląc, że cokolwiek jeszcze może się zdarzyć wracałam do domu. No właśnie, nie myśląc, ale nawet gdybym je zobaczyła, to i tak niewiele można zrobić o szarówce i z odległości 400 metrów. Za to jelenie z wielkim pięknym porożem (dzięki Krzysiu!) zobaczyły, a może usłyszały mnie i ruszyły pędem przed siebie najpierw dwa, a po kilku minutach trzecie, nie wiem co, może młody byk.  




Co za wieczór, tyle szczęścia w niecałą godzinę, mam nadzieję, że to początek pięknych spotkań z jeleniami. No i ... mówcie mi szczęściara.

czwartek, 16 lipca 2015

Kacze dzieci cz.II

Stan niepewności, co się stało z małymi kaczkami trwał niemal do końca czerwca. Jakoś trudno było mi uwierzyć, że wszystkie zginęły. Przyroda ma swój rozum, tylko człowiek lubi działanie „po nas choćby potop”. Chodziłam nad staw o różnych porach nie tylko po to by zobaczyć czy pojawią się kacze dzieci, ale by robić zdjęcia rodzinie perkozków siedzącej na jajach. Kacząt ciągle nie było, jednak w ostatnią sobotę czerwca coś drgnęło. Świat od rana wyglądał wyjątkowo pięknie, 


ale nad Żurawi Staw mogłam pójść dopiero po południu, a tam niespodzianka. Przy wyspie siedziały trzy całkiem spore kaczki. 


Wydały mi się jakieś takie, ładne, nowe, nie pomyślała jednak, że to moje maluchy, 


bo całą moją uwagę skupił ruch w gnieździe perkozków, gdzie chyba pojawiły się pierwsze młode. 


Dopiero niedzielna wizyta spowodowała wybuch radości. Najpierw nad staw przyleciał bocian i nie wiedzieć, czemu wystraszył pływające po wschodniej stronie kaczki. 


Poderwały się i leciały w moja stronę, a ja myślałam, czemu takie niezdarne i dlaczego boją się bociana? 




Dopiero, gdy bliżej podpłynęły i zobaczyłam jak są pięknie upierzone pomyślałam, że to młode kaczki, moje maluchy, których nie widziałam od miesiąca. 




To, dlatego nie potrafią jeszcze dobrze latać. Jak pięknie wyrosły, pływały radośnie, ciągle coś podjadający i nagle z szuwarów wypłynęła jeszcze jedna kaczka.



Trzymała się troszkę z boku, czy to mama kacząt? Raczej nie, wyglądała także jak młoda kaczka, więc to pewnie jedna z tej pierwszej dwójki. Cały miesiąc dręczyła mnie myśl, że żadne się nie uchowało, a tu żyje czwórka. Patrzyłam i patrzyłam na te piękne brązowe ubarwienia, na ciemne pasy na głowie i plamkowane brzuszki. 


A kaczki, wróciwszy w okolice swojego domu, czyli wyspy rozpoczęły toaletę, już nie niesforne maluchy tylko młodzież. 




Zastanawiałam się, co się z nimi przez ten miesiąc działo. Pewnie to było tak, że podrośnięte maluchy samodzielnie zdobywające pokarm i nauczone jak unikać drapieżników, dorastały same w szuwarach, do czasu aż zaczęły, jako tako latać, a mama tak jak reszta dorosłych kaczek przeniosła się na północne bagnisko jakieś 500 metrów na północ. Gdy przedwczoraj przyszłam nad staw kacza młodzież siedziała w sicie przy brzegu i tylko było słychać jak smakuje im jedzenie, 


a kiedy wyszło słońce cała czwórka wypłynęła na otwartą wodę. Rozkoszowały się ciepłem słońca przechylając zabawnie głowy tak jak kiedyś gdy były malutkimi kaczuszkami, 



a potem zaczęły dzikie harce. Biegając i podfruwając, wzbijały w powietrze tysiące kropel wody, a nurkując wynosiły na grzbiecie jakieś przedziwne rude wodorosty. Wychodziły na chwilę z wody porządkowały pióra i po chwili wracały do zabawy. Młode, pełne życia, szczęśliwe. 










Zwykłe kaczki krzyżówki, a jakie piękne.