To wydarzyło się kilka lat temu jesienią. Wybrałyśmy się z koleżanką
na spacer Maruńskimi Łąkami aż pod Szynowo, tam weszłyśmy w młodniki sosnowe i
na przesiece spotkałyśmy sarnę. Stała w odległości jakichś pięćdziesięciu
metrów i patrzyła na nas. W pewnym momencie kiwnęła głową w dół. My także
kiwnęłyśmy głowami i, z głupia frant powiedziałyśmy
- Dzień dobry
Sarna powtórnie kiwnęła głową i zrobiła krok w naszym
kierunku. Więc my także kiwnęłyśmy i podeszłyśmy klika kroków. Sarna skubnęła
raz czy dwa trochę trawy, popatrzyła na nas i ponownie kiwnęła. My odkiwałyśmy.
Popatrzyła na nas, jeszcze raz powtórzyła skubanie kiwanie i spojrzenie i
doczekawszy się od nas tylko kiwania i kilku kroków do przodu, nagle przestraszyła
się i uciekła. Roznałyśmy to zachowanie z lektury książki Monty Robetrsa „Zaklinacz
koni” ( nie mylić z powieścią Nicholasa Evansa, bo to dwie różne historie). Ten
gest kiwania głową i skubania trawy to informacja „nie zrobię ci krzywdy,
jestem roślinożercą, pokaż, kim ty jesteś”. Zrobiłyśmy coś źle albo nie do
końca tak jak oczekiwała sarna, dlatego uciekła. Pamiętam z „Zaklinacza…” opis
powrotu do stada niesfornego źrebaka. Także kiwał głową w kierunku najważniejszej
klaczy w stadzie, która wcześniej z tego bezpiecznego stada, wychowawczo,
przepędziła go. A to jego kiwanie oznaczało „ już nie musisz się mnie obawiać,
już będę grzeczny, nie będę kopał i gryzł, pozwól mi wrócić, jestem trawożercą”.
Kiedyś potrzebowałam gwałtownie zdjęcia saren do
umieszczenia na stronie internetowej, wybrałam się na łąkę, na której je często
widywałam. Nie umiem podchodzić, pamiętałam tylko, że muszę iść od strony nawietrznej.
Wyszłam zza lasu, bez żadnego maskowania z aparacikiem marki Olympus S700. By zrobić nim wyraźne zdjęcia musiałam
podejść bardzo blisko. Na łące pasły się dwie sarny. Zatrzymałam się na dłuższa
chwilę. Jedna zobaczyła mnie, kiwnęła w moja stronę głowa. Natychmiast jej
odkiwnęłam i udałam, że skubię trawę. Sarna pochyliła się i z dalej jadła.
Podeszłam kilka kroków do przodu. Ona znowu popatrzyła i kiwnęła głową, po czym
wciągnęła chrapami powietrze. Odpowiedziałam jej kiwaniem i markowaniem
skubania, znowu podeszłam kilka kroków. Taki swoisty taniec trwał do chwili,
gdy zauważyła mnie druga sarna i rzuciła się do ucieczki. Ale to było tylko
kilka susów. Zatrzymała się i zobaczywszy, że stoję nieruchomo i, że jej
towarzyszka dalej spokojnie skubie trawę sama także wróciła do jedzenia. W ten
sposób podeszłam tę pierwsza sarnę na odległość około sześciu metrów. Niestety,
gdy tylko wiatr przywiał jej w nozdrza mój zapach, porwała się do ucieczki a z
nią jej koleżanka. Od tej pory większość saren tak właśnie podchodziłam.
Pokazywałam się im, pozwalałam oswoić, i powoli skracałam dystans. Zawsze w
końcu pojawiał się jakiś wir powietrzny, który niósł w ich stronę zapach
człowieka i wtedy uciekały.
Zeszłej jesieni, wybrałam się na szczygły a
trafiłam na odpoczywającą po drugiej stronie Marunki sarnę, która całkiem
spokojnie pozwoliła sobie zrobić zdjęcie.
Tak też było zeszłego roku w sierpniu
podczas sarniej rui. Kozioł i koza biegały po łące kompletnie się mną nie
interesując no, ale ruja to wyjątkowa sytuacja.
Myślę, że jeśli Polak jest w
stanie nauczyć się chińskiego a Chińczyk polskiego to wszyscy jesteśmy w stanie
nauczyć się kilku podstawowych gestów, znaków, mowy ciała zwierząt byśmy się
czuli nawzajem bezpieczni. Wszyscy prócz niektórych myśliwych, bo kiedy jednemu
z nich opowiedziałam, że podeszłam sarnę oko w oko na sześć metrów, skwitował
to
- Młoda i głupia
Czy zdąży zmądrzeć?
A to moje spotkania z sarnami












