Kilka dni temu koło południa wybrałam się nad jeziorko przy
Dąbrówce na nenufary. Taki ich urok, że otwierają kielich w pełnym słońcu.
Kiedy
byłam tam pierwszy raz, na środku jeziorka były może cztery kępy, teraz
porastają je niemal w całości.
Co tu pisać, piękne są i tyle. Jak na zamówienie
w tę nenufarową scenerię czwórkę młodych wyprowadziła łabędzia para.
Jeziorko
leży w małej kotlince i woda w nim szybciej się nagrzewa to i nie dziwne, że
spotkałam świteziankę błyszczącą.
We wsi, w samo południe na stawku p. ppoż.
krzyżówka wodziła młode,
a na płocie na drobnych przemyśleniach przyłapałam
kopciuszka.
Zdenerwowało go moje natręctwo, podniósł alarm i razem z rodziną
wylądował, jak to kopciuszek na kominie.
Po głowie cały czas chodziła mi
świtezianka znad jeziorka, taka była niecierpliwa, zdążyłam zrobić tylko trzy
zdjęcia i uciekła. To była samiczka, co można rozpoznać po jednolitym
ubarwieniu skrzydeł i białych plamkach, stabilizatorach lotu. Czekałam na kolejne spotkanie i dziś
się doczekałam nad moim stawem.
Ta jednak wygląda nieco inaczej. Informacje,
dlaczego znalazłam na stronie ważki.pl. Okazuje się, że samiec ważki błyszczącej
ma nasadę i koniec skrzydeł bezbarwne a na środku metalicznie połyskującą plamę,
to zdjęcie zrobiłam rok temu także w czerwcu.
Samica ubarwiona na sposób żeński wygląda jak ta spotkana nad
jeziorkiem. Moja dzisiejsza świtezianka błyszcząca jest zielona i ma białe
plamki na skrzydłach, a więc jest to samica, ale androgeniczna, czyli ubarwiona
na sposób męski, jej skrzydła nie są jednolicie zielone a mają jak u samca
metalicznie zielone plamy na środku.
Trafiła mi się piękna chłopczyca.



















