Kiedy trzy miesiące temu spotkałam
ją nad Żurawim Stawem pomyślałam, że jest tuż przed rozwiązaniem. Powolne
ruchy, ociężałość, duża ostrożność i co najważniejsze wielki brzuch. Miałam
nadzieję, że kiedyś nastąpi powtórne spotkanie, może już z młodym. Dzisiaj koło
południa wybrałam się na spacer do lasu niczego nie planując. Taka spokojna
włóczęga by wyciszyć myśli, ukołysać duszę, odpocząć. Nogi zaniosły mnie nad
niewielkie bagienko zagospodarowane przez bobry, nad którym można spotkać
orzechówkę, kowaliki, sikory, czasem przemknie norka, czasem wiewiórka, a czasem
nic tylko cisza i cisza. Stałam tak sobie i patrzyłam na pokrytą rzęsą wodę,
gdy na północnym brzegu zamajaczył mi jakiś wielki ciemnobrązowy pień. Czyżby bobry
spuściły kolejnego dęba? Ach nie, to łosza. Stała przy brzegu i jadła wystające
z wody trawy, a niedaleko przed nią, osłonięty pozostałymi po bobrzej robocie gałęziami
stał łoszak. Póki stałam w miejscu i one nie reagowały, choć łosza kilka razy popatrzyła
na mnie wymownie, ale gdy zapomniawszy skąd wieje wiatr przemieściłam się lekko
w lewo, ona natychmiast wyczuła mój zapach. Odwróciła się i szybkim krokiem
weszła w las, a łoszak podążył za nią. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że
widziałam ich tropy na leśnej drodze i nie bardzo wiedziałam, do kogo należały,
gdybym weszła w las kawałek dalej, nie wypłoszyłabym ich, mogłyby się paść
dalej w spokoju, a ja miałabym na nie piękny widok. Wprawdzie teraz najważniejszym
wydarzeniem w lesie jest rykowisko, ale o tej samej porze trwają i łosie gody,
czyli bukowisko, więc może, jeśli będę częściej chodziła na spacer w tamte
rejony, i będę bardziej ostrożna uda mi się jeszcze raz spotkać uroczą panią
łosiową w towarzystwie przystojnego pana łosia, że o dziecku nie wspomnę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łoś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łoś. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 września 2016
wtorek, 31 maja 2016
Tydzień temu
To było tydzień temu. W ogrodzie zakwitł pierwszy ogromny
mak chiński, wzięłam to za dobrą wróżbę i wybrałam się nad Żurawi Staw by się
przekonać, że u gągołów wszystko w porządku. Godzina zbyt późna na dobre
zdjęcia, gorąco, więc wszyscy szukają cienia, a ten wiadomo w chaszczach, krzakorach,
wysokich trawach. Na słońce wychodzi się tylko, kiedy komary dokuczą tak, że
już nie można wytrzymać, albo też trawa w słońcu wyda się tak smakowita, że
trudno się oprzeć. Staw zdał się pusty, tylko siedzącym po oczy w wodzie żabom
i ważkom nie było gorąco.
Minęło trochę czasu nim podpłynął do mnie samiec
krakwy. To podjadał, to zaglądał w szuwary i nawoływał samiczkę.
Siedziałam
cierpliwie mając nadzieje, że i gągoły wkrótce się pokażą, gdy nagle na
wschodnim brzegu zobaczyłam jakąś postać. Grzybiarz, o tej porze roku i w
takich trawach?
Rzut oka przez obiektyw i wszystko jasne, za krzakiem stała
wielka, piękna klępa.
Ostatni raz widziałam ją tutaj rok temu, a ona za
krzakiem, no jakże to tak? Telepatyczne sygnały, by chciała przejść kawałek
dalej nie dawały rezultatu. Z tego wszystkiego zrobiłam szybki przegląd okolicy
i okazało się, że od północy pasie się sarna, a obok brykają koźlaki -bliźniaki,
w pobliżu łoszy stoi koziołek, a obok pasą się dwa żurawie.
Łosza nie chciała
się przesunąć ani odrobinę, więc ja musiałam zmienić miejsce obserwacji.
Niestety była bardzo czujna i mimo dzielących nas 200 metrów i wiejącego od
niej wiatru zauważyła mnie i poszła do lasu. Wróciłam do czatowni, a tam przed
samym nosem pływały gągoły, o których pisałam w poprzednim poście. Świat wydał
mi się jeszcze piękniejszy niż był i gapiłam się na nie dobre pół godziny, nie
myśląc, że coś jeszcze mogłoby się wydarzyć, a wydarzyło się.
Wyszedł sobie z
lasu i skubiąc trawkę zmierza w kierunku żurawiej pary najprawdopodobniej
wodzącej młodego. Niestety w wysokiej trawie marchwiak był nie do wypatrzenia,
ale jeśli stary żuraw rozczapierzył skrzydła i obsztorcowywał jelenia, to z
pewnością nie robił tego z powodu, dajmy na to rozdeptanej myszy.
Jeleń
najpierw nie zwracał na żurawia uwagi, ale kiedy ten drugi szedł za nim z wyciągniętym
dziobem i ględził, byk odwrócił się zdumiony, a potem rozbawiony zapytał,
- do mnie mówisz,
tupnął tylną nogą, zrobił dwa kroki w kierunku żurawia, na szczęście przypomniał sobie,
że do jeleniej burzy hormonów to jeszcze dobre trzy miesiące i wróci do
skubania trawy. Z lasu wychodziłam nasycona spotkaniami, a jeszcze na łące stał
samotny żuraw,
a jeszcze nad łąka latały czajki.
Czy od tamtej pory nic się nie
zdarzyło? Zdarzyło! Były sarny, zające, i wilgi, były potrzos i trzcinniczek nad
Pisą, było krótkie gulgotanie kulika wielkiego, dzisiaj pod dom przywiodła swoje
tegoroczne dzieci modraszka, a na Dużej Łące zaczęła plumkać przepiórka. Będzie co
opowiadać.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Łoś jeden
Przez trzy upalne dni nie miałam dość silnej woli by wybrać
się nad Żurawi Staw, ale dzisiejszy poranek wydał mi się znacznie mniej upalny.
Pasące się na Dużej Łące żurawie były dobra wróżbą.
Na stawie przy małej
porośniętej wysepce zastałam tylko dwie kaczki,
ale po chwili w szuwarach dojrzałam
parę machających brązowych skrzydeł?
Nie to nie skrzydła to uszy, pomyślałam,
że znowu mam szczęście i, że to pewnie jelenie szukają ratunku przed upałem.
Tylko te uszy były trochę duże,
a przecież leśniczy opowiadał, że widział tu
jakiś miesiąc temu łoszę. Serce zaczęło walić jak młotem. Tyle razy zaglądałam tu
wieczorem w nadziei, że przyjdą i nigdy nie udało mi się ich spotkać. Był
samotny dzik, był borsuk, były sarny, była wiewiórka i pluskająca się wilga,
były pamiętne jelenie, ale nie łosie. A tu o pół do dziewiątej leży sobie na
błotnej wyspie najprawdopodobniej łoś.
Żeby się upewnić musiałam poczekać aż
wstanie, a on nie zamierzał. Minęło pół godziny, na habaziach przy wysepce
przysiadła kaczka i zaczęła odprawiać toaletę,
miałam nadzieje, że to zrujnuje
spokój łosia, ale nie, machał i machał uszami, łoś jeden,
a w końcu, ku mojej
rozpaczy położył się. Nadleciał bocian i
od razu czajka, która gdzieś na stawie ma młode starała się uzmysłowić mu, że
łatwo o jedzenie nie będzie.
Łoś nie zwracał uwagi na ptasie awantury.
Leżał, pomrukiwał,
kichnął, wreszcie, gdy zaczęłam robić seryjne zdjęcia bocianowi, który
postanowił przenieść się na północną część stawu, zainteresował się.
Była
dziesiąta i zaczął siąpić deszcz, łoś wstał, popatrzył na czatownię, odwrócił
się i poszedł w stronę żeremia, oglądając się, czy czasem coś za nim
nie idzie. Deszcz to słabł to nasilał się, a łoś przed żeremiem skręcił w lewo, zniknął za trzcinami, postał tam chwilę,
po czym zawrócił i skubiąc jakąś wodną trawę, nasłuchiwał i spoglądał w moim
kierunku.
Zrobiło mi się go żal. Od rana leżał spokojnie w chłodnym błotku, a
ja mu ten spokój zabrałam. Miałam piękne zdjęcia łosia i jedno, czego mi
jeszcze było trzeba to świadomość, że mnie nie widział i że jeszcze tam wróci.
Zwinęłam sprzęt i po cichutku opuściłam czatownię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































