Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pustułka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pustułka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 kwietnia 2017

Zobaczyć wszystko

Każdej wiosny jest taki tydzień, że światem przyrody rządzi amok. Dlaczego więc rok w rok czekamy na ten czas, zachwycamy się widokiem tokujących ptaków, przeróżnych zalotów, amorów, wojenek i innych dziwnych zachowań? Bo nigdy nie damy rady tyle czasu wysiedzieć na łące, w lesie czy na wodzie, w przytomności umysłu, by udało nam się zobaczyć wszystko. A nawet jak oglądamy ciągle to samo to i tak to, co piękne nigdy nie nudzi.  Może kiedyś uda mi się zobaczyć toki pustułki, a na razie wiem, że już jest i poluje nad łąką zawisając w powietrzu jak zamrożona. 



Wcześniej niż zwykle pojawił się też samiec błotniaka stawowego. 



Myślałam, gniazdo będzie jak rok temu, przy Marunce na styku dwóch pól, ale po kilku dniach pojawiła się samica i podjęła decyzję, że wrócą na swoje stare, znów napełnione wodą mokradełko, na zachód od wsi. 



Najbardziej bogaty w spotkania był wtorek. Zaczęło się od zajęcy, a zaraz potem pod domem szaleńcze loty odbywały kopciuszki. Dorodny, pięknie wybarwiony samczyk prezentował się i w sosnach i na karmniku i w jałowcu, 



ona wolała drzewka owocowe.  


Są też młode przyglądające się starej parze, śpiewa toto jak najprawdziwszy kopciuszek, ale czy to samiec czy samiczka nie wiadomo. 


Są po dwie pary makolągw, dzwońców i rudzików. Dzwońce z jałowca paskudnie się zachowały odwiedzając gniazdo makolągw w kulistej tui podczas nieobecności gospodarzy. Pan dzwoniec stał na czatach, a pani dzwońcowa obejrzała wnętrze. 



Niestety makolągwy wróciły wcześniej i już, już zanosiło się na męską rozmowę, ale ostatecznie pokojowo nastawiona samiczka stwierdziła, że nic nie zginęło, więc samczyk ostudził nieco zapał wodą, a pozostałą energie spożytkował na wyższe cele. 









Rudziki niestety są dość skryte i gdzie gniazdują nie wiem, za to miałam okazję oglądać napad szału samczyka, który przysiadł na ogrodowym stole, napuszył się, rozłożył skrzydła i zaatakował szaro pomarańczową złączkę węża, aż ją zrzucił na ziemię, po czym dumny przysiadł na karmniku. 


Jakby tego wszystkiego było mało poniosło mnie jeszcze na nenufarowe jeziorko. Napotkana po drodze zięba mówiła, że nic ciekawego tam się nie dzieje, ale, zawsze to lepiej unaocznić sprawę. W północnej zatoczce gdzie zwykle gniazdują łabędzie i gdzie ostatnio słyszałam perkozki panowała cisza.  Zrobiłam jeszcze kilka kroków, gdy usłyszałam głębokie mruknięcie, jeszcze krok i… kilka metrów ode mnie między gałęziami zobaczyłam dwa wielkie dziki. Zrobiłam to zdjęcie nim pomyślałam jak są tak blisko, na więcej nawet się nie siliłam. 


Kawałek dalej spotkałam raniuszka, ale ochota na dalszy przegląd brzegów całkiem mi odeszła. 


Jeszcze jeden dzik, tym razem w całości i z daleka zaprezentował się na przesiece. 



Myślałam, że to koniec atrakcji, a tu po południu nad domem pojawiła się para orlików krzykliwych. 



Poszłam za nimi na łąki, ale napotkawszy śpiące sarny dałam spokój. 



Mam czas, przecież tyle jeszcze przed nami, wiosna dopiero się rozkręca.

poniedziałek, 19 września 2016

Sokoły

Są ptaki przytulaki, jak wszelkiej maści drobnica, co to są ciekawskie, zaczepne, w okno zajrzą, do domu wlecą, można powiedzieć, że troszkę się przyjaźnimy. Są te wodne i nadwodne może nie tak łagodnej natury jak maluchy, ale jak się człowiek postara to tez można mieć z nimi jakiś kontakt. I są drapieżcy, mający nieufność w genach, bezwzględnie utrzymujący dystans, ale to właśnie pośród drapieżców, a konkretnie sokołów spotkałam w tym roku spokojnego, ciekawskiego niemal przyjaznego kobczyka. 


Jednak pierwsze z sokołów, jeśli dobrze pamiętam były kobuzy. Zaczęło się od tego, że widywaliśmy je o zmierzchu jak w locie łowią łapą owady i także w locie wkładają je sobie do dzioba. 


Wieczorem nie było widać ich pasiastych brzuszków, a kształtem skrzydeł przypominały wielkie jaskółki i trochę trwało nim doszukałam się, że to kobuzy właśnie. Nigdy nie wiedziałam kiedy przylatują, nie widziałam toków, ani gdzie jest gniazdo. Dopiero pewnego lata odkryłam, że gniazdowały w lasku za łąką Marii, na starej sośnie nad Maruńskimi Łąkami i samczyk lubił sobie przed południem przysiąść na suszce z drugiej strony łąki. Jednak już następnego roku zniknęły i dopiero dwa lata temu, gdy znalazłam Żurawi Staw dowiedziałam się, że moje kobuzy tam właśnie się przeniosły. Tam też są stare wysokie sosny, a okolice jest bezludna i przez to bardziej spokojna, taka, jaką kobuzy lubią najbardziej. I wtedy i rok temu para dochowały się potomstwa. Niestety w tym roku chyba się to nie udało. Widziałam je osiemnastego czerwca, dzień po koszmarnej wichurze, która zniszczyła mnóstwo drzew w okolicy. Zawodziły latając nerwowo nad gniazdem, potem już ich nie spotkałam, ani nie słyszałam.




Drugie były pustułki. Do dziś nie wiem gdzie gniazdują, może na skraju starego lasu za Maruńskimi Łąkami, a może na miedzy. 



Jeden z ptaków pojawia się pod koniec lipca, po zakończeniu okresu lęgowego, siada na linii energetycznej by polować na urzędujące na pastwisku myszy, nornice, lub duże owady. Czasem wybiera pole pod lasem, albo łąki przy szosie, rok temu polowała przysiadając na wielkim słupie energetycznym. 


W tym roku odwiedziła mnie tylko raz. Może to z powodu udanego lęgu myszołowów, w końcu to dla pustułki poważna konkurencja.










W tym roku doszedł trzeci sokół, wspomniany na początku kobczyk. Sylwetkę i zachowanie ma podobne do kobuza, ale pazurki ma pomarańczowe, a kobuz czarne. Przyleciał pod koniec sierpnia i przez niemal dwa tygodnie widywałam go na linii nad pastwiskiem, pozwalał blisko podejść i przyglądał mi się przekrzywiając lekko głowę. 





Nie uciekał też, gdy ciekawska Gapa podchodziła pod linię i szczekając usiłowała zmusić go do zmiany miejsca. Spoglądał na nią z góry dziwiąc się czarnemu stworowi. 






Kobczyki można u nas spotkać wiosną, gdy lecą na lęgowiska na zachód i północ Europy i późnym latem, gdy wracają by zimę spędzić we wschodniej Afryce lub południowej Azji. Koników polnych było w tym roku wyjątkowo dużo, myszy i nornic także i wyjątkowo dużo jaszczurek. Kto wie czy przyszłej wiosny nie spodoba się kobczykowi jakieś opuszczone srocze gniazdo i nie złoży w nim jaj.

W okolicy bywa jeszcze czwarty sokół, który raz tylko, późną jesienią zaszczycił mnie wizytą. Przysiadł na stojącym obok tarasu pniaku, a potem odleciał dziwnym dość wolnym lotem metr nad ziemią. Szukając informacji, co to za dziwadło odprawia takie sztuczki dowiedziałam się, że to drzemlik próbował zapolować na moje trznadle. Gdyby tak jeszcze udało się zaobserwować sokoła wędrownego i raroga to byłby sokoli komplet i mogłabym powiedzieć, że na Warmię wracają stare dobre czasy.