Jeszcze przed wschodem słońca widać było, że to będzie piękny
dzień. Piękny, ale trochę krótki i pewnie, dlatego wszyscy od rana się śpieszyli.
Słońce zamiast wylegiwać się w mięciutkich mgłach zerwało się i ruszyło pędem w
górę. Ptaki zamiast siedzieć spokojnie na gałązkach latały to tu to tam zbierając
otumanione porannym przymrozkiem muchy. Wiedziały, że godzinę później trzeba
będzie się zdrowo napracować by złapać coś do jedzenia. Idąc na łąkę spotkałam
i sikory i raniuszki i stado czyżyków. Do zdjęcia jednak przystanął tylko kowalik,
ale i ten usłyszawszy pierwsze pstrykniecie zawołał
- Nie mam czasu, lecę!
I tyle go widziałam. Poszłam, więc na zwykły spacer brzegiem
marnego strumyka, który czasami bywa rwącą rzeczką Marunką.
A słońce? Słońce rozpuściwszy szron, stroiło krople
rosy blaskiem pereł i diamentów.
A trawa? Trawa „… myśląc, że czary do niebios
ją niosą, rozczulona płakała perłami i rosą…”
Uwielbiam Leśmiana!

















