Są u nas przez cały rok, ale widuję je tylko w styczniu,
kiedy zima jest śnieżna i dokucza największy mróz.
Wtedy przylatują pod dom na wyłożone pod
drzewami albo powieszone na gałązkach jabłka. Dają sobie radą nawet z tymi
zmarzniętymi na kość.
Tak je pamiętam z poprzednich mroźnych zim, siedzące na
rajskiej jabłonce puchate siwe kulki. Dwa lata temu w styczniu pasły się razem
z mazurkami, trznadlami i jemiołuszkami.
Rok temu w styczniu, kiedy nagle
zrobiło się -15 st. także były częstymi gośćmi pod karmnikiem i, o dziwo w
karmniku.
Czasem trzeba było poczekać w kosodrzewinie aż głód nasyci samiczka
kosa.
Jeden kwiczoł chyba przyzwyczaił się i przywiązał, bo przylatywał nawet w
lutym, kiedy inne kwiczoły latały stadami szukając najlepszego miejsca do
założenia kolonii.
Jednak największa i to bardzo miła niespodzianka spotkała
mnie w kwietniu, kiedy przyleciał raz jeszcze, usiadł na lipie i powiedział
- Zobacz przeżyłem, fajnie tu z tobą było tej zimy.
- Ach, dziękuję mój drogi, mam nadzieję, że znajdziesz
piękną żonę i doczekasz się gromadki dzieci.
Rozejrzał się tylko jakby chciał powiedzieć - no cóż i
poleciał.
W tym roku kwiczołów jeszcze nie było i pewnie nie przylecą,
bo, według meteorologów dużych mrozów tej zimy już nie będzie. Zimy nie, ale
koty i wszelkiej maści drapole są. Wczoraj koło paśnika znalazłam piórka. Wiem,
wiem …, ale tak bym chciała żeby mój kwiczoł żył.





















