21 września, przedostatni dzień tego lata, budził się
otulony gęstymi mgłami.
Około szóstej zamierzałam wyjść z domu, żeby przed
wschodem zdążyć dojść na łąki, gdy usłyszałam huk wystrzału. Ambona stoi jakieś
200 metrów od domu i to w tamtej okolicy strzelano. Takie ich, myśliwych,
zbójeckie prawo – 100 metrów od zabudowań. Pomyślałam, że mgła i nie wiem, kto
i gdzie poluje, poczekam jeszcze trochę. Ostatnio spotkałam przy tejże ambonie
„myśliwego”, który zagadnięty, na co poluje odpowiedział pytaniem na pytanie –
a co tu chodzi, bo ja to q-wa pani byle, czego na ścianę nie powieszę. Wyszłam
z domu przed siódmą, akurat, gdy od strony ambony, prawem kaduka, z mojej łąki
wyjeżdżał samochód. Gdy mnie mijał zobaczyłam przytroczonego z tyłu koziołka.
Tak, tak, wiem, że śmierć zagnanej przez psy sarny czy zadziobanego przez orły
sarniaka jest dużo gorsza. Ale nic na to nie poradzę. Nienawidzę małych facecików,
którzy dla zaspokojenia jakichś cholernych, atawistycznych instynktów biorą
karabin do ręki i strzelają do ogłupiałej hormonami zwierzyny. I jeszcze
ubierają to we wzniosła gadkę o gospodarce łowieckiej, a kiedy rozmawiają
miedzy sobą to, to zupełnie inaczej wygląda. Idąc na łąki życzyłam myśliwemu,
który zabił koziołka, by w przyszłym życiu był sarną, jeleniem czy innym stworzeniem,
na które się poluje. By czuł strach i ból, jaki sprawił każdemu zabitemu przez
siebie zwierzęciu. Na Maruńskich Łąkach panowała cisza, rzec by można żałobna
cisza.
Widoki wschodzącego słońca i pasąca się na mokradle sarna nie łagodziły wewnętrznego
dygotu. Na ścieżce przysiadł motyl i rozłożywszy skrzydła czekał na ciepło
dające mu energię do życia.
Do niego przynajmniej nikt nie strzela. Przy rowie
zaniepokojony moim widokiem podrygiwał strzyżyk.
Po chwili moje nadejście
skomentowały sójki a potem …, potem spłoszyłam jelenie. Zdążyłam tylko kątem
oka zobaczyć stojącego pod wielkim starym bukiem rosłego byka i w tym samym
momencie usłyszałam trzask i tętent kopyt uciekającej zwierzyny. Nie było mi
żal, że zdjęcia strzyżyka są rozmazane, że nie zrobiłam zdjęcia uciekającym jeleniom.
Dobrze, że uciekły i mam nadzieję, że zapamiętały, że tam nie jest bezpiecznie,
bo tam można spotkać człowieka. Kiedy wracałam zadzwonił mąż, że nad naszą łąką
krążą kruki. A więc to już pewne, zastrzelili koziołka na mojej łące i tam też
pozostawili wnętrzności. Ucztowało na
nich ze 30 kruków i nie potrzebnie je wypłoszyłam, bo akurat one mogą bywać na
mojej łące, kiedy tylko chcą.
Po godzinie wszystkie ślady porannego zdarzenia zniknęły,
ale spokój nie wrócił. Państwo, pobierając od kół łowieckich opłatę, daje
myśliwym prawo wejścia na wszystkie, będące moją własnością łąki i pola z
jednym tylko ograniczeniem - strzelać można 100 metrów od zabudowań. Więc nie pozostaje mi nic innego jak na
każdym rogu oraz w środku siedmiohektarowej łąki wybudować altankę. Może bedzie to idiotycznie wygladało, ale za to będzie bezpiecznie.










