Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaczki krzyżówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaczki krzyżówki. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 maja 2017

Zimny maj

8 maja wracając z krótkiego spaceru zobaczyłam go wiszącego nad łąkami. Zaglądam czasem na stronę Ornitolodzy Warmii i Mazur i widziałam tam podobnego ptaka, by się upewnić poprosiłam o pomoc ptasiego zapaleńca Marcina i okazało się, że najprawdopodobniej trafił mi się ornitologiczny rarytasik w postaci srokosza stepowego. 





Zdjęcia są mocno dokumentalne, nadzieje na zrobienie lepszych spowodowała, że odwiedzam to miejsce codziennie. Byłam i dzisiaj mimo śniegu i deszczu. Srokosz najwyraźniej postanowił przeczekać, albo był tylko przelotnie, za to stali mieszkańcy Maruńskich Łąk jak zwykle nie zawiedli. Za nic miała śnieg pokląskwa, chociaż czas obserwacji na modym głogu skróciła do minimum. 



Tarniny doszły do wniosku, że jeśli mają zamiar wydać owoce to bez względu na temperaturę pora kwitnąć. 


Pod starym świerkiem czułości wymieniała sarnia para. Zdumione, że w taką pogodę ktoś może zaglądać w ich skryte miejsca najpierw chwile obserwowały, po czym kozioł powiedział,
- biorę to na klatę, ty się schowaj do lasu. I wypiąwszy odważnie pierś czekał na jakiś atak, a zaraz potem, wcale nie oszalałym ze strachu cwałem, a zwyczajnym truchtem udał się w ślad za kozą. 







Nieopodal, na swoim ulubionym brzozowym konarze pracował dzięcioł duży. Znamy się już trochę, pozwala podejść dość blisko. 



Przez to przyglądanie się dzięciołowi nie zauważyłam stadka czterech lerek spacerujących po drodze. Zerwały się spłoszone, a jedna usiadła niedaleko na sośnie. 


Mimo ujemnych temperatur rozlewisko nie zamarzło i jak co dzień żerował tam żuraw. 



Za to mróz dał się we znaki pierwiosnkom. 


Nasion w tym roku raczej nie będzie. Dawno już nie byłam na łąkach za szosą gdzie za kępą starodrzewu na skrzyżowaniu Marunki i rowu melioracyjnego bobry urządziły sobie mieszkania. Z ogromnego bobrowiska zostały gołe błotniste brzegi i tylko jedna mała tama. 



Szkoda, bo łąka i tak jest mocno podmokła i jeśli lato będzie deszczowe, wyrugowanie bobrów niczego nie zmieni.  Pusto tam jakoś, chociaż na płytkiej wodzie przysiadł na chwile kaczor, 


a z rosnącego na skraju lasu świerka poderwał się orlik. 


Nagle serce mi drgnęło, w pustym rowie zobaczyłam…, 


nie to tylko stary pień. Ale czy tylko pień, a może symbol, że bobry jeszcze kiedyś tu wrócą? 


Stojąca na pniaku dwustuletniego świerka zięba spytała mnie,
- dlaczego człowiek jest taki zachłanny, tyle rzeczy robi bez sensu, dokąd to wszystko zmierza?

- nie wiem, ale mam nadzieję, że albo się człowiek opamięta, albo przyroda wkrótce upomni się o swoje.


wtorek, 28 czerwca 2016

Prawie dorosłe

Jak ten czas leci. Moje gągoły kończą dzisiaj czterdzieści dni, jeszcze piętnaście, może dwadzieścia i polecą. Zajrzałam dzisiaj nad staw by sprawdzić jak się mają. Dzień był od rana pochmurny i myślałam, że może iść po południu, ale trzy dobre wróżby skłoniły mnie do wizyty porannej. Najpierw, jak na jakiś sygnał wszystkie jaskółki z okolicy wywiodły młode i przyleciały do mnie na łąkę by je karmić, zaraz potem na środku pastwiska objawił się przemoczony rosą zając, a w końcu, wracając ze stajni spotkałam nieumiejącego jeszcze latać mazurka. Wstawiłam małego krzykacza do ogródka i pomyślałam, że skoro tak na bogato dzień się zaczął to nie ma na co czekać. 




Nad stawem cisza, przyjemnie było zasiąść na pieńku i gapić się na rzęsę na wodzie i szuwary i słuchać romansowych treli kosich samczyków przeplatanych nerwowym gdakaniem kosich samiczek i pogwizdywań wilgi. Z szuwarów wypłynęły krzyżówki, może krzyżówki, bo ptactwo się pierzy i czasami trudno rozpoznać. 


Nagle, jak to zwykle nad stawem bywa dał się słyszeć konkretny chlupot. Coś dużego weszło do wody i brnęło przez młode trzciny. Kiedy ją zobaczyłam, jak zwykle z emocji nie mogłam ustawić ostrości, 


a już jak spojrzała w moim kierunku przestałam pstrykać. 


W końcu jakaś tam dokumentacja spotkania z łanią jest. 




Wiem, że kiedyś tak będzie, że zamiast siedzieć gdzieś w krzakach będę, jak wszyscy normalni fotografujący przyrodę, szła sobie leśna drogą, a ona także będzie tą droga szła i wtedy całkiem spokojnie zrobię jej zdjęcia doskonałe. Przeszła i zniknęła, jak sen piękny i złoty,


a ja wróciłam do wypatrywania gągołów. Wreszcie między gałązkami a trawą zobaczyłam je. Dwójka spała w rzęsie, a pozostałe dwa pływały kawałek dalej. 





Jak one urosły, dzioby wymiarowe, ogony pełne, tylko jeszcze skrzydłom troszkę brakuje. Widać w stawie jedzenia jest w bród, bo zdały mi się nawet dość upasione. Patrzyłam jak pielęgnują piórka, jak nurkują i zastanawiałam się gdzie są rodzice. Nagle gdzieś z boku dobyło się basowe kwaknięcie, potem jeszcze raz i jeszcze, do tego dołączył ostrzegawczy wrzask kosa. Pomyślałam, że człowiek albo duży zwierz idzie przez las, ale przez jakieś pięć minut nic poza kwakaniem nie było słychać, więc wyszłam z czatowni i cichutko zakradłam się na brzeg stawu. Na to tylko czekała sprawczyni basowego kwakania, czyli czapla. Jak mnie zobaczyła nie wiem, ale skutecznie zdemaskowała i zadowolona z posiadanej wiedzy odleciała. 


Gągoły spokojnie żerowały dalej. 






Już miałam odejść, kiedy jeden spojrzał na mnie i powiedział.
- i co powiesz? Jesteśmy już prawie dorośli,


- tak mój drogi, prawie dorośli, zależni tylko od siebie i mam nadzieję, że szczęśliwie przetrwacie te dwa tygodnie.

Może to nasze ostatnie spotkanie, może odlecą wcześniej, a zimą każde znajdzie sobie jakieś interesujące towarzystwo i wiosną zamieszkają na innym stawie  i może nawet w innym kraju. Miałam szczęście obserwować niemal całe ich dotychczasowe życie, czy można chcieć więcej? Tak, chciałabym jeszcze zobaczyć ich pierwszy lot.

niedziela, 19 czerwca 2016

Taki poranek

W taki poranek jak dziś można chodzić po łąkach, polach i lesie bez końca. Niebo jest bardziej niebieskie niż zwykle, chabry bardziej chabrowe, 


a zwierzyna sama wchodzi w oko. Wreszcie można odetchnąć po dwóch dniach wściekłego wiatru, przestać się martwić, że drzewo spadnie na kark, albo, że niezbyt jeszcze gotowe młode trzeba natychmiast zmusić do opuszczenia gniazda, bo stary jałowiec gnie się w pół. A dzisiaj sielsko, anielsko, spokojnie. Stadko całkiem już wyrośniętych kosich podlotów buszowało przy drodze u wejścia na Maruńskie Łąki,


a na łąkach buszowała piękna mgła, kręcąc się jakby łąka była wielką zieloną filiżanką, w której ktoś właśnie zamieszał gorącą herbatę. 


Na Żurawim Stawie cisza tylko od wschodniej strony gągołowa kaczka przyglądała się czwórce swoich nieustannie nurkujących dzieci. 


No może nie tak do końca spokojnie, bo przy południowym brzegu na czubkach sosen obserwowały okolicę dwie czaple siwe.  Kiedy się wychyliłam zza świerka odleciały ględząc coś pod nosem, że o tej porze to ludzie powinni jeszcze spać. No to poszłam sobie dalej, bo las grał taką cudną ptasią muzykę, że wystarczyło samo słuchanie bez oglądania solisty. Przy okazji siedzenia na pieńku odkryłam dziuplę, w której być może gniazdowały gągoły. 


Przy Marunce zdenerwowane gąsiorki próbowały mi wyperswadować przechodzenie koło głogu, bo, jak co roku mają tam gniazdo. 



Nie wiem, czemu miały pretensje, bo trawa tak wysoka, że prawie mnie w niej nie było widać.


Po obu stronach drogi, całkiem blisko odzywały się derkacze, a kawałek dalej inna para gąsiorków, znacznie mniej płochliwa pilnowała założonego w gęstych krzakach tarniny gniazda, z którego już odzywały się młode. 



Kiedy myślałam wracać do domu w nieco niższej trawie dojrzałam rudy kuperek pasącej się sarny. Była bardzo blisko i najpierw udawała, że nic ją moja obecność nie obchodzi. Strzygła uszami po każdym pstryknięciu by wreszcie lekko się oddalić, a potem popędzić do lasu. 









Kiedy odprowadzałam ją wzrokiem w głębi łąki wypatrzyłam jeszcze koziołka. 


A potem coś wypłoszyło żurawia i żerujące na krowim stawku kaczki, 


a potem za drogą dość blisko i wyraźnie zagulgotał kulik wielki. No, pomyślałam, mam cie bratku. Ale niestety, poderwało się coś takiego z chaszczy i poleciało gdzieś na północ i czy to było onże nie mam pojęcia, ale lubię myśleć, że to był właśnie kulik. 


Kiedy już wróciłam do domu i piłam kawę na tarasie, na brzozie za pastwiskiem przysiadł sobie orlik. To nie pierwsza jego wizyta nad moją Dużą Łąką, ale pierwsza, jako tako udokumentowana. Siedział, obserwował, zlatywał na łąkę, na pole pszenicy, chwilę podreptał, przelatywał na następną brzozę i tak wyciągnął mnie na kolejny krótki spacer. 






Koło południa okazało się, że gniazdujące w stajni kopciuszki wyprowadziły młode, a kiedy usiadłam do pisania, na srebrnym świerku za oknem zabrały się za budowę kolejnego gniazda dzwońce. I znowu będzie co opowiadać.