Od czasu
kiedy okazało się, że przypadkiem zrobiłam zdjęcie droździkowi korciło mnie by
go odszukać i przyjrzeć mu się dobrze. Gdybym wtedy nie zignorowała go czterema
pstryknięciami. Niestety głóg pod domem został objedzony niemal do cna, ale
głogów ci u nas dostatek
i to całkiem blisko, więc w środę postanowiłam przejrzeć głogową gęstwę na górce niedaleko wsi. Wiał północny wiatr, wystarczyło wdrapać się na owa górkę i umiejętnie zbliżyć się do miejsca gdzie stołują się wszystkie okoliczne drozdowate. Jednak, kiedy tylko minęłam krowi stawek, na linii za głogową górką usiadł myszołów. Powinnam była wiedzieć, że nie dość, że oczy ma dookoła głowy to jeszcze widzi ostro jak brzytwa, a jednak zaczęłam go podchodzić udając niewielki zielony krzew, taki spryt Kubusia Puchatka. Myszołów siedział, siedział, aż nagle postanowił obedrzeć mnie ze złudzeń, poderwał się i odleciał do lasu.
Pewnie bym zawróciła, ale na wiodącej pod górkę zwierzęcej ścieżce zobaczyłam pióra.
Ktoś tu niedawno także został odarty z nadziei na dalsze życie. Wśród piór zobaczyłam kilka w mocno rudym kolorze, rude pasmo piór ma właśnie droździk. Kto go upolował zostanie tajemnicą, może myśliwy był głodny i od tego zależało jego życie, taki los, a może to nie droździk? Z głogów dochodziło drozdowe terkotanie, więc postanowiłam jednak się wdrapać. Łatwo nie było, z powodu stromizny trawy nigdy się tu nie kosi, więc jest wysoka po pas. Ciężko się po niej chodzi, ale świetnie można się w niej ukryć, a i głogowa gęstwina jest znakomitym miejscem schronienia i południowego odpoczynku.
Na górce prócz głogów rosną dzikie róże, jabłonie i grusze.
Te ostatnie już dawno opadły i zostały zjedzone, ale jabłka dopiero opadają i to pewnie one zwabiły mamę sarnę z dwójką dzieci. Gdybym, tak jak planowałam na początku podchodziła pod wiatr, udałoby się je podejrzeć, a tak zobaczyłam tylko jak spłoszone moim zapachem uciekły na drugą stronę doliny.
Zwykle taka strata zalega we mnie póki nie zrobię jakiegoś ładnego zdjęci, a to udało mi się dopiero w sobotę. W środku miasta na trawniku szukała jedzenia lekko zmutowana kawka.
Ciągle było mi mało, więc, koło południa wyszłam tylko tak sobie, ubrana po cywilnemu. Co można spotkać w południe, idąc śmiałym krokiem środkiem łąki? A no można, najpierw przyleciały chyba młode dzwońce,
a kawałek dalej dojrzałam pasącą się sarnę.
Kiedy w zabawowych podskokach skryła się w małej dolince podeszłam bliżej i okazało się, że jest tam jeszcze jedna, młodsza.
Obie miały pstro w głowie, podjadały i brykały jak na szczęśliwe stworzenia przystało.
Wreszcie mnie zauważyły i
niespiesznie zniknęły za drzewami.
Podeszłam jeszcze kawałek, ale saren już nie było, za to na dębie siedział dzięcioł zielony.
Takie niezaplanowane wyprawy są urocze i kto wie, co by się jeszcze udało spotkać, gdyby nie to, że podstępnie, nagle i niespodziewanie bateria zakończyła żywot, a zapas został w domu, bo przecież wyszłam tylko tak sobie.
i to całkiem blisko, więc w środę postanowiłam przejrzeć głogową gęstwę na górce niedaleko wsi. Wiał północny wiatr, wystarczyło wdrapać się na owa górkę i umiejętnie zbliżyć się do miejsca gdzie stołują się wszystkie okoliczne drozdowate. Jednak, kiedy tylko minęłam krowi stawek, na linii za głogową górką usiadł myszołów. Powinnam była wiedzieć, że nie dość, że oczy ma dookoła głowy to jeszcze widzi ostro jak brzytwa, a jednak zaczęłam go podchodzić udając niewielki zielony krzew, taki spryt Kubusia Puchatka. Myszołów siedział, siedział, aż nagle postanowił obedrzeć mnie ze złudzeń, poderwał się i odleciał do lasu.
Pewnie bym zawróciła, ale na wiodącej pod górkę zwierzęcej ścieżce zobaczyłam pióra.
Ktoś tu niedawno także został odarty z nadziei na dalsze życie. Wśród piór zobaczyłam kilka w mocno rudym kolorze, rude pasmo piór ma właśnie droździk. Kto go upolował zostanie tajemnicą, może myśliwy był głodny i od tego zależało jego życie, taki los, a może to nie droździk? Z głogów dochodziło drozdowe terkotanie, więc postanowiłam jednak się wdrapać. Łatwo nie było, z powodu stromizny trawy nigdy się tu nie kosi, więc jest wysoka po pas. Ciężko się po niej chodzi, ale świetnie można się w niej ukryć, a i głogowa gęstwina jest znakomitym miejscem schronienia i południowego odpoczynku.
Te ostatnie już dawno opadły i zostały zjedzone, ale jabłka dopiero opadają i to pewnie one zwabiły mamę sarnę z dwójką dzieci. Gdybym, tak jak planowałam na początku podchodziła pod wiatr, udałoby się je podejrzeć, a tak zobaczyłam tylko jak spłoszone moim zapachem uciekły na drugą stronę doliny.
Zwykle taka strata zalega we mnie póki nie zrobię jakiegoś ładnego zdjęci, a to udało mi się dopiero w sobotę. W środku miasta na trawniku szukała jedzenia lekko zmutowana kawka.
Ciągle było mi mało, więc, koło południa wyszłam tylko tak sobie, ubrana po cywilnemu. Co można spotkać w południe, idąc śmiałym krokiem środkiem łąki? A no można, najpierw przyleciały chyba młode dzwońce,
a kawałek dalej dojrzałam pasącą się sarnę.
Kiedy w zabawowych podskokach skryła się w małej dolince podeszłam bliżej i okazało się, że jest tam jeszcze jedna, młodsza.
Obie miały pstro w głowie, podjadały i brykały jak na szczęśliwe stworzenia przystało.
Podeszłam jeszcze kawałek, ale saren już nie było, za to na dębie siedział dzięcioł zielony.
Takie niezaplanowane wyprawy są urocze i kto wie, co by się jeszcze udało spotkać, gdyby nie to, że podstępnie, nagle i niespodziewanie bateria zakończyła żywot, a zapas został w domu, bo przecież wyszłam tylko tak sobie.

















