Na co można liczyć idąc w listopadzie na spacer do lasu o 14.15. Kompletnie na nic a już na pewno nie na zdjęcia. Kierunek jak zwykle, bobrze bagno,
bo jeśli miałoby się coś zdarzyć o tej porze i w taki dzień to tylko tam. Szłam
wolno delektując się wiatrem i myśląc czy też zechce się bobrom wyściubić nos z
cieplutkiego żeremia. Doszłam do Maruńskich Łąk i nagle jak spod ziemi pojawił
się pies. Szedł kłusem i widać było, że ma określony cel. Wyglądał jak gończy
polski a w każdym razie podobny, zauważyłam, że w kącikach, jak to się u psów nazywa,
fafli miał kulkę piany. Pewnie zmęczony, bo przecież nie wściekły, wściekły
inaczej by się zachowywał. Rzucił na mnie okiem i już go nie było. Kierował się
na południe. Może zgubił sie na polowaniu i wraca do domu, pomyślałam i poszłam swoją drogą. Tym razem
postanowiłam podejść bobry od południowej strony. Byłam tam jakiś czas temu, gdy
zaczynał kwitnąć mech płonnik a bobry przygotowując się do zimy spuściły dużego
dęba i napoczęły sporą brzozę.
Kiedy dochodziłam na miejsce usłyszałam szczekanie psa. Nie,
to nie było szczekanie to myśliwski pies nadawał psim morsem, że jest na tropie
zwierzyny, ba, że jest tuż, tuż, to znaczy nie wiem ile to jest w
myśliwsko-psim języku, ale myślę, że bardzo blisko. Obejrzałam się i
pomyślałam, że gdy po tygodniu różnych obowiązkowych spraw, wyszłam wreszcie do
lasu to mi się tu jakaś strzelanina szykuje. Nagle w odległości może 15 metrów wyskoczyły
zza drzew jeleń i łania, spokojnym galopem udały się w kierunku mojej grzybowej
górki i zapewne dalej, do dużego lasu za szosą. Nie minęła minuta i zobaczyłam biegnącego
ich śladem mojego znajomego z łąki.
- A ty, co tu bratku robisz, sam w lesie, zwariowałeś?
A on zatrzymał się na chwilę, wziął pod siebie przednia
łapę, spojrzał niepewnie jak dziecko, które chce oszukać, choć wie, że mama zna
prawdę i powiedział
- Noo, biegam sobie po lesie za jeleniami.
I żebym nie zdążyła odpowiedzieć, pobiegł trzymając nosem świeży
jeleni zapach a po chwili znowu usłyszałam radosne psie granie. No to po takim
wstępie o spotkaniu z bobrami nie mogło być mowy. Zeszłam w stronę bagienka i
tu szlag mnie trafił, brzegiem jakiś półgłówek przejechał kładem. Widać było,
że zapadł się po osie, ale to go nie zniechęciło, przejechał także wzdłuż północnego
brzegu, może półtora metra od żeremia. Bezdenna głupota jednego człowieka spowodowała,
że bobry tuż przed zima być może będą musiały poszukać sobie innego mieszkania.
Jeśli leśnicy skutecznie bronią się przed kradzieżą drewna umieszczając w lesie
kamerki to może i w takich miejscach można by je zamontować, udokumentować i
sprać łotra, jeśli nie po gębie to ostro po kieszeni. Takie piękne te warmińskie
lasy, szkoda ich dla kładów.



