Bocianie gniazda wciąż stoją puste,
za to przyleciały wszystkie
moje żurawie. Codziennie wędrują przez ciągle jeszcze niezorane pole żerując do
późnego wieczora i wracając raz po raz do swoich rewirów by przelatującym
właśnie niewielkim stadom innych żurawi dać znać, że to miejsce jest już zajęte.
Młode trzymają się razem i wolą miejsce za górką, a stare pary różnie. We wtorkowy ranek na środku pola, w ostatniej
tej zimy śnieżnej scenerii (mam nadzieję, że ostatniej) doprowadzała do
porządku upierzenie jedna z żurawich par.
Zmęczone nocnym przymrozkiem, pewnie
i głodne były znacznie mniej płochliwe. Podglądałam je przez dłuższą chwilę zza
starego balota słomy. Suszyły i natłuszczały pióra czasami razem, ale z reguły
jedno lustrowało okolicę, a drugie zajmowało się pielęgnacją.
Wreszcie jedno z
nich usiadło,
a gdy na niebie pojawił się niewielki klucz gęsi oba ptaki
zaczęły krzyczeć.
Gęsi zniknęły za horyzontem, a one otrzepały się i uznawszy,
że toaleta skończona wyciągnęły szyje i odleciały na pole za lasem.
Wszyscy
czekamy na ciepło i słońce i coś mi się zdaje, że to już w najbliższych dniach
nastąpi, bo dzisiaj przyleciały makolągwy i natychmiast zabrały się za budowę
gniazda.
Może przyleciały tak wcześnie z przezorności, bo rok temu wyprzedziły
je dzwońce i zajęły najlepsze miejsce, a może po prostu wiedzą, że to na pewno koniec
zimy.

















