Kiedy trzy miesiące temu spotkałam
ją nad Żurawim Stawem pomyślałam, że jest tuż przed rozwiązaniem. Powolne
ruchy, ociężałość, duża ostrożność i co najważniejsze wielki brzuch. Miałam
nadzieję, że kiedyś nastąpi powtórne spotkanie, może już z młodym. Dzisiaj koło
południa wybrałam się na spacer do lasu niczego nie planując. Taka spokojna
włóczęga by wyciszyć myśli, ukołysać duszę, odpocząć. Nogi zaniosły mnie nad
niewielkie bagienko zagospodarowane przez bobry, nad którym można spotkać
orzechówkę, kowaliki, sikory, czasem przemknie norka, czasem wiewiórka, a czasem
nic tylko cisza i cisza. Stałam tak sobie i patrzyłam na pokrytą rzęsą wodę,
gdy na północnym brzegu zamajaczył mi jakiś wielki ciemnobrązowy pień. Czyżby bobry
spuściły kolejnego dęba? Ach nie, to łosza. Stała przy brzegu i jadła wystające
z wody trawy, a niedaleko przed nią, osłonięty pozostałymi po bobrzej robocie gałęziami
stał łoszak. Póki stałam w miejscu i one nie reagowały, choć łosza kilka razy popatrzyła
na mnie wymownie, ale gdy zapomniawszy skąd wieje wiatr przemieściłam się lekko
w lewo, ona natychmiast wyczuła mój zapach. Odwróciła się i szybkim krokiem
weszła w las, a łoszak podążył za nią. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że
widziałam ich tropy na leśnej drodze i nie bardzo wiedziałam, do kogo należały,
gdybym weszła w las kawałek dalej, nie wypłoszyłabym ich, mogłyby się paść
dalej w spokoju, a ja miałabym na nie piękny widok. Wprawdzie teraz najważniejszym
wydarzeniem w lesie jest rykowisko, ale o tej samej porze trwają i łosie gody,
czyli bukowisko, więc może, jeśli będę częściej chodziła na spacer w tamte
rejony, i będę bardziej ostrożna uda mi się jeszcze raz spotkać uroczą panią
łosiową w towarzystwie przystojnego pana łosia, że o dziecku nie wspomnę.










