Ogon ma jak dzięcioł, dziób cienki i zakrzywiony jak dudek, kolor
i wzór upierzenie na grzbiecie ma podobne do wróbla i pewnie, dlatego
systematycy zaliczyli go do rodziny wróblowatych, ale brzuszek ma biały i tam
do wróbla nie jest nijak podobny.
Nazwali go pełzacz leśny, widziałam pełzające
zaskrońce i to wcale nie było podobne do tego jak się porusza pełzacz. On trzymając
się długimi pazurkami i podpierając długim ogonkiem, po prostu pnie się po
drzewie szybciutko podskakując. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, miałam
szczęście, że szukał jedzenia na zielonej od mchu i porostów gałęzi czarnego bzu.
Kiedy po
chwili usiadł na porowatym pniu starego klona stał się niemal niewidoczny, miałam
kłopoty żeby go zlokalizować.
Na sośnie było jeszcze gorzej.
Nie usiedzi w miejscu ani chwili, chyba, że natrafi
na jakieś smakowite kąski pod korą, wtedy na moment przystaje, wsuwa ten swój
wyjątkowy dziób pod płatek kory i wydobywa owady, ich jaja i larwy. Lubi
towarzystwo sikor i kowalików, ale często spotykałam go polującego samotnie.
Nigdy nie widziałam ani nie słyszałam pełzaczowych zalotów. Za to dzisiaj
wreszcie usłyszałam jego jesienno zimowy głos i to jest może niezbyt długa, ale
ładna, dźwięczna wyraźna piosenka, o wiele ładniejsza od prostego kowalikowego
sitsitania. Spotkanie było krótkie, bo dzień dopiero się zaczynał, a słońce,
które właśnie wysunęło się zza chmur nie tylko pełzaczowi zaostrzyło apetyt.
Był jeszcze jeden powód pośpiechu, dzień coraz krótszy, a on w poszukiwaniu
jedzenia przegląda nawet dwieście drzew dziennie pokonując trasę około trzech
kilometrów. Człowiek mający 160 cm wzrostu proporcjonalnie do 12 centymetrowego
pełzacza musiałby zrobić tych kilometrów czterdzieści. Prosty z tego wniosek,
pełzacz leśny to ptasi maratończyk.











