czwartek, 22 czerwca 2017

Bez jaj?

Bez jaj się nie da. Trzeba je znieść, i z tym raczej nie ma problemu, ale trzeba je też wysiedzieć, a to czasami bywa trudne. Tydzień temu we wtorek od rana wiało, więc poranną kawę piłam siedząc w domu, a nie jak zwykle na tarasie. Kątem oka dostrzegłam wiszącego przed oknem niczym koliber sporego jasnego ptaka. Eee, zdawało mi się, pomyślałam. Po chwili zobaczyłam go jeszcze raz i tym razem podeszłam do okna. Tuż pod domem na srebrnym świerku siedziała samiczka wilgi, a na rajskiej jabłonce piękny żółciutki samczyk. Wilgi dobijające się do okna, co u licha? Wyszłam przed dom, a one odleciały na rosnące koło domu Marii lipy. Wiało, ale nie tak by myśleć, że drzewa będą się przewracały. Kilkanaście lat temu wichury powaliły nam trze stareńkie świerki. Cztery lata temu wywróciły rosnącą przy drodze brzozę, ale to była nagła potężna wichura, a brzoza nadwyrężona rabunkową działalnością stada szerszeni i spodziewaliśmy się, że prędzej czy później zakończy żywot. Stało się to na moich oczach i… to jest okropne przeżycie. Jakiś czas potem pomyślałam, że człowiek musi wszystkiego w życiu doświadczyć i akurat to doświadczenie mam już za sobą. Myliłam się, we wtorek wieczorem znowu na moich oczach odłamały się dwa potężne pnie rosnącego za stawem starego klona. Został ten trzeci by pokazać, że w środku jest spróchniały i też wkrótce umrze. 


I znowu kawałek duszy rozpadł się na strzępy. A potem przypomniałam sobie poranna wizytę wilg, które na tymże klonie uwiły gniazdo i wiedząc na co się zanosi przyleciały do człowieka szukać pomocy. Los bywa okrutny, a żyć trzeba dalej. Po dwóch dniach wilgi znowu zaczęły śpiewać, zbudowały nowe gniazdo, bardzo możliwe, że już są w nim nowe jaja, bo samiczka odzywa się tylko czasami, samczyk częściej. 


Trochę się nawet zaprzyjaźniliśmy. Ja pogwizduję, on biorąc mnie za konkurenta odpowiada, po czym odlatuje dosyć daleko by niepostrzeżenie wrócić i po nakarmieniu samiczki zająć się obserwacją okolicy. 















W sobotę znowu ma wiać silny zachodni wiatr, ale tym razem gniazdo jest na, może trzydziestoletnim zdrowym, silnym dębie i mam nadzieję, że tym razem uda się wilgom, uda się słowikom, muchołówkom tak jak udało się kopciuszkom, pliszkom siwym, modraszkom i aż pięciu z dziewięciu gągolątek z posta "Owoce tej wiosny”, ale o tym w kolejnych opowiadaniach.


10 komentarzy:

  1. Jesteś szczęściarą, naprawdę :). Co ja bym dała za wilgi w okolicy...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam i mam nadzieje na jeszcze parę szczęśliwszych fotek, gdyż nie jest to łatwe. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. To rzeczywiście wielkie szczęście mieć wilgi za sąsiadów :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trudno zrobić im zdjęcie. Schowane pod liśćmi w cieniu i tylko na chwilkę wylecą, słonce odbija się od żółtych piór i AF szaleje. To, że zobaczyłam gniazdo to cud, zawiał wiatr i na sekundę się pokazało. Byłam tam dzisiaj i nie mogłam go znaleźć. Mam nadzieję na ładne zdjęcia w lipcu, znajomi mają morwę na działce i rok temu wilgi się u nich stołowały.

      Usuń
  3. Ech Maruny! Pisałem Ci już kiedyś, że wilga to moje marzenie. A tak, z tej samej beczki. Te sznurki na drugim to gniazdo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zdjęcia są niestety dzięki wichurze, były zdeterminowane budować nowe gniazdo i trochę więcej się pokazywały. Teraz prawie się nie odzywają :) Tak to gniazdo, zobaczyłam je dopiero w domu i już trzeci dzień podglądam i nie mogę zlokalizować.

      Usuń
    2. Poszukam jak wylecą, dość maja nerwów w tym sezonie :))

      Usuń
  4. Ale szczesciara z Ciebie, nie tylko zrobilas zdjecia ale moze jeszcze uda sie zaobserwowac malutkie, jak wylatuja z gniazda i rodzicow ich krzatanie!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwykle wyprowadzały młode spektakularnie, cała rodzina siadała na brzozie nad stawem, ale trafić na ten moment graniczy z cudem. Do tej pory zdarzyło mi się widzieć to dwa razy :)))

      Usuń