wtorek, 18 czerwca 2019

Królowa jaśminowa


Dlaczego zakochał się w niej poeta to zasługa tylko jemu wiadomych sposobów na szczególnie upojne czerwcowe noce na Mazurach. Nie musiałam się raczyć nektarem, co to w owych przewróconych flaszkach z poematu „Pieśń o nocy czerwcowej” był. Wywabił mnie z domu słodki zapach jaśminu, mięty i macierzanki, duszący zapach kwitnącego ligustra i mający się ukazać w pełnej krasie księżyc. 

Powinien wzejść o 21.17, ale warmińskie górki i lasy zawsze zabierają dwadzieścia minut dla siebie. Te dwadzieścia minut czekania potrafi obedrzeć człowieka ze wszystkich wyobrażeń, westchnień, natchnień i różnych takich, bo na skraju łąki o tej porze komary są bezlitosne, złaknione krwi, nie koniecznie bydlęcej. I nie pomogło kląskanie słowika, o którym się myślało, że już umilkł. I nie pomogło słuchanie głosu dojrzałego pana żaby, co to mówił, że kuma, o co w tych nocnych ciągotach do księżyca chodzi, ale nie powie, bo to jest jego prywatny, tajny sposób na żabie dziewczyny. Dobrą stroną ciągłego oganiania się i klaskania było wypłoszenie myśliwego czekającego w samochodzie na dzika. Po jego odjeździe komary jakby trochę odpuściły, a może to widok Jowisza z jego czterema księżycami spowodował, że komary przestały być istotne, 

a może piękny zmierzch na północnym niebie. 

Nareszcie wzeszedł, wielki srebrem i złotem błyszczący i snuł się powoli w górę jakby chciał się przytulić do chmurek, które tak jak i ja na niego czekały, 


przysiąść na chwilę na gałęzi starej suszki, na której za dnia siadają ptaki by popatrzeć na łąkę.

Na chwil kilka ułożył się między klonami opromieniając je czerwono złotym blaskiem.  



Jowisz tymczasem nabierał ostrości, 

w powietrzu czuć było chłód a nad łąkami ścielił się cieniutki welon mgieł. 

Północna, dość jeszcze jasna strona nieba była czyściuteńka. Tak, to tak, koniec spektaklu, pora do domu. W domu pod wpływem jak zwykle niedosytu, bo może coś jeszcze się wydarzy, rzut oka przez okna i … aż trudno uwierzyć, to chyba srebrzaki. 


Wiedząc, że są kapryśne i równie szybko jak się pojawiły mogą zniknąć, pędem najpierw do dolinki koło studni, ale tam linia, 

więc szybki powrót na łąkę i… ciągle są i pięknie stroją srebrem czerwcową noc.  

A ona „idzie krokiem tanecznym” przez łąkę i śpiewa
„Ja jestem noc czerwcowa,
królowa jaśminowa,
zapatrzcie się w moje ręce,
wsłuchajcie się w śpiewny chód.

Oczy wam snami dotknę,
napoje dam zawrotne
i niebo przed wami rozwinę
jak rulon srebrnych nut.”

Dotknęła moje oczy snem,



ale gdy wróciłam do domu znowu wyjrzałam przez okno. Po srebrnych obłokach nie było śladu, a
gdzieś miedzy niebem a ziemia unosił się cichy, śpiew, a może śmiech?
„Oplącze was to niebo,
klarnet uczynię z niego
i będzie buczał i huczał,
i na manowce wiódł”
Ech, piękne te czerwcowe warmińskie nocne manowce.


W poście wykorzystałam fragmenty poematu "Pieśń o nocy czerwcowej" K.I.Gałczyńskiego

czwartek, 13 czerwca 2019

Trzynastego


Na łąki nie wchodzę już od dawna, bo to żurawie się pierzą i wodzą młode, 

a i sarny karmią schowane w trawach dzieci.  

Dzisiaj jednak strasznie mnie korci i mimo kolejnego dnia skwaru, duchoty i żaru z nieba postanawiam zaryzykować wypad do lasu. Na Żurawim Stawie nie byłam już ze dwa tygodnie, a jak byłam to i tak pustki, ale coś mi mówi, że jeśli nie krakwy, cyranki czy perkozki to może w taki upał któreś zwierzę zechce się schłodzić. Łąka porosła trawą sięgającą ramion i droga w zaniku, skutecznie przeorana przez dziki to takie małe kłody pod nogi zaraz na początku. 

Tuż pod lasem w cieniu komary, które nareszcie się pojawiły i dobrze, będzie czym wykarmić drugi lęg. W lesie przyjemny chłodek, wietrzyk i oczywiście komary. Nad stawem pustka i cisza, czyli setki mieniących się w słońcu ważek, 

żabie gadanie i brodziec samotnik na brzozowej suszce zapewne kontemplujący złożoność egzystencji. 

Tak to tak, kawałek dalej jest nowe bobrowe bagienko. Niestety i tam już z daleka widać taflę równo pokrytą rzęsą. Jeśli nawet jakieś ptactwo chowa się w przybrzeżnych zaroślach, nie ma sensu przeszkadzać. Już sam spacer po lesie, słuchanie ptaków wraca równowagę umysłu i spokój duszy. Nagle dostrzegam w trawie uszy, dzicze, jelenie? Eee, znowu dałam się nabrać, to obrobiony przez bobry pniak. 

Już, już mam wracać, gdy do uszu dociera konkretny chlupot. Patrzę w kierunku skąd dochodzi, niestety słychać, że blisko, ale nic nie widać. Wchodzą na mała górkę między świerki i tym razem…, to nie bobry, to najprawdziwszy przepiękny łoś. 

Wlazł sobie do bagna po kolana i pożywiając się trawą chłodzi nogi i podbrzusze. 

Ogląda się, 


robi kilka kroków do przodu, 

wreszcie cały odwraca się próbując zobaczyć źródło niepokoju, ale źródło jest schowane za świerkiem. 

Chowa się za gałązkami i powtarza manewr oglądania się w lewo i prawo, zły, że nie może w spokoju siedzieć sobie w bagnie. 






Jeży sierść na karku, a nawet wydaje coś w rodzaju szczeknięcia, warkotu i ostatecznie odchodzi. 



Nie jestem pewna czy odchodzi, czy raczej robi koło by podejść mnie z drugiej strony. Wprawdzie jestem nienasycona jego widokiem niczym kozucha kłamczucha trawą, ale wolę i dać mu spokój i nie ryzykować nagłego spotkania. Wychodząc z lasu, wpadam na krążącego nad maruńskimi łąkami złego myszołowa. 


Ciągle pokrzykując siada w ścianie lasu by przeczekać traktory, które przyjechały zbierać siano.  

Jeszcze tylko rzut oka na zadumanego gąsiorka i wracam do domu. 

Dzisiaj wprawdzie nie piątek, ale trzynastego i dzisiaj wiosna twoje ma imię panie Łosiu.


czwartek, 6 czerwca 2019

Miejsce ulubione


To miejsce z gatunku ulubionych. Nawet, jeśli jadę tam po „coś” i „cosia” nie zobaczę to i tak każdy wypad jest pełen niezwykłych wrażeń. Najpiękniej jest wiosną. 

Wszystkie te ptasie sprawki, pośpiech, zaloty, budowa gniazd i zdobywanie jedzenia. Te wszystkie śpiewy, skrzeczenia, pochrząkiwania, nawoływania na widok intruza.
- idzie, idzie, idzie,
-patrzy tu, patrzy tu,
- ojj, ojj, ojjojoj
- precz, precz, precz,
- szybko, szybko, dalej, dalej dalej,
- go, go, go,
- poszła? poszła?
Mogłabym tam siedzieć gapić się i słuchać ich bez końca. Najpierw są podenerwowane, 

a za chwilę siła instynktu każe im dalej wabić samiczki, szukać robaczków czy zbierać trzcinki na gniazdo. 

Wiele można zobaczyć i usłyszeć siedząc przy moście, a jeszcze więcej idąc prawym brzegiem Kiermasu miedzy polem a trzcinowiskiem.  

Suszka obok mostu to ulubiony punkt obserwacyjny pary kwiczołów karmiących młode w gniazdeczku uwitym w rozwidleniu klona. 

W młodych trzcinach szaleją trzcinniczki, trzciniaki, rokitniczki i potrzeszcze. 



Jest ich najwięcej i potrafię je rozpoznać. Możliwe, że są tam łozówki, a nawet zaroślówki i wiele innych, ale nie umiem wyłowić ich śpiewu. Nagle nad wodą pojawia się bardziej kolorowa puchata kulka i głos ma inny niż reszta. 

Przelatuje na moją stronę rzeki i okazuje się, że to młoda wąsatka zapuściła się tu na śniadanie. 

Kilka kroków dalej z gęstwy zeszłorocznych trzcin wychylają się potrzeszcze by upewnić się, że nic im nie grozi, a w razie czego lecą w głąb pola odciągnąć napastnika od gniazda. 




Taką samą strategię mają rokitniczki. 


W trzcinowisku spotykam pokląskwy które uznały, że w tym roku to lepsze miejsce do gniazdowania od pobliskiego ugoru, który zwykle zajmowały.  


Wystraszona czymś kaczka nadlatuje z drugiego końca rzeki, 

by po chwili wracać wpław do dzieci ukrytych gdzieś w wodnych zaroślach. 

Towarzystwo pokrzyw i czarnych bzów lubi łozówka, ale czy to na pewno nie trzcinniczek, trudno powiedzieć. 

Każdy kolejny metr to niespodzianka, czasem tak wielka, że aż dech zapiera. Ze środka wielkiego mokradła na drugim brzegu słychać tubalne buczenie. To bąk, nawet nie marzę, że kiedyś go zobaczę, bo skryty jest bardzo. Idę dalej, gdy wtem daleko, niemal ze skraju trzcin podrywają się dwie… chyba czaple tylko, dlaczego takie brązowe i szyje niewygięte? 


Patrzę i wciąż nie wierzę i wreszcie do mnie dociera, że oto spełniło się to, o czym nie marzyłam, to właśnie bąki. 

Po chwili ten, którego słyszałam blisko, znowu się odzywa, czyli jest ich więcej. Docieram powoli do miejsca, w którym rzeka Kiermas wpływa do jeziora tworząc szerokie i płytkie rozlewisko. 

Krzyki śmieszek, 

szybkie jak błyskawica loty rybitw czarnych, 


kormorany, 

a przy polu znowu trzcinniczki, rokitniczki potrzeszcze 





i zatrzęsienie różnych głosów, z których tylko trznadla rozpoznaję i widzę. 

Kiedy nadlatuje błotniak stawowy wszystko nagle przycicha z nadzieją, że może nie zauważy. 

Błotniak leci w stronę mostu, ptasi gwar narasta. Wracam i dopiero teraz widzę pod nogami dorodne chabry, 

polną różę kwitnącą na skraju rozlewiska,
kalinę

i wszechobecne ważki. 


Już niemal południe, nenufary otworzyły kwitnące rozety, 

kwiczoł ciągle w locie, 

a nad polem zawisa myszołów. 

Chociaż termometr pokazuje 28 stopni, to wciąż wiosna, a nad Kiermasem wyjątkowo bogata i piękna wiosna.