czwartek, 13 czerwca 2019

Trzynastego


Na łąki nie wchodzę już od dawna, bo to żurawie się pierzą i wodzą młode, 

a i sarny karmią schowane w trawach dzieci.  

Dzisiaj jednak strasznie mnie korci i mimo kolejnego dnia skwaru, duchoty i żaru z nieba postanawiam zaryzykować wypad do lasu. Na Żurawim Stawie nie byłam już ze dwa tygodnie, a jak byłam to i tak pustki, ale coś mi mówi, że jeśli nie krakwy, cyranki czy perkozki to może w taki upał któreś zwierzę zechce się schłodzić. Łąka porosła trawą sięgającą ramion i droga w zaniku, skutecznie przeorana przez dziki to takie małe kłody pod nogi zaraz na początku. 

Tuż pod lasem w cieniu komary, które nareszcie się pojawiły i dobrze, będzie czym wykarmić drugi lęg. W lesie przyjemny chłodek, wietrzyk i oczywiście komary. Nad stawem pustka i cisza, czyli setki mieniących się w słońcu ważek, 

żabie gadanie i brodziec samotnik na brzozowej suszce zapewne kontemplujący złożoność egzystencji. 

Tak to tak, kawałek dalej jest nowe bobrowe bagienko. Niestety i tam już z daleka widać taflę równo pokrytą rzęsą. Jeśli nawet jakieś ptactwo chowa się w przybrzeżnych zaroślach, nie ma sensu przeszkadzać. Już sam spacer po lesie, słuchanie ptaków wraca równowagę umysłu i spokój duszy. Nagle dostrzegam w trawie uszy, dzicze, jelenie? Eee, znowu dałam się nabrać, to obrobiony przez bobry pniak. 

Już, już mam wracać, gdy do uszu dociera konkretny chlupot. Patrzę w kierunku skąd dochodzi, niestety słychać, że blisko, ale nic nie widać. Wchodzą na mała górkę między świerki i tym razem…, to nie bobry, to najprawdziwszy przepiękny łoś. 

Wlazł sobie do bagna po kolana i pożywiając się trawą chłodzi nogi i podbrzusze. 

Ogląda się, 


robi kilka kroków do przodu, 

wreszcie cały odwraca się próbując zobaczyć źródło niepokoju, ale źródło jest schowane za świerkiem. 

Chowa się za gałązkami i powtarza manewr oglądania się w lewo i prawo, zły, że nie może w spokoju siedzieć sobie w bagnie. 






Jeży sierść na karku, a nawet wydaje coś w rodzaju szczeknięcia, warkotu i ostatecznie odchodzi. 



Nie jestem pewna czy odchodzi, czy raczej robi koło by podejść mnie z drugiej strony. Wprawdzie jestem nienasycona jego widokiem niczym kozucha kłamczucha trawą, ale wolę i dać mu spokój i nie ryzykować nagłego spotkania. Wychodząc z lasu, wpadam na krążącego nad maruńskimi łąkami złego myszołowa. 


Ciągle pokrzykując siada w ścianie lasu by przeczekać traktory, które przyjechały zbierać siano.  

Jeszcze tylko rzut oka na zadumanego gąsiorka i wracam do domu. 

Dzisiaj wprawdzie nie piątek, ale trzynastego i dzisiaj wiosna twoje ma imię panie Łosiu.