wtorek, 21 lutego 2017

Twarde dowody

Jeszcze wczoraj łąki, pola pokryte były śniegiem, a dziś od rana inny świat. 


Jakoś tak po ósmej siadłam do komputera by sprawdzić prognozę pogody, że może jakaś słoneczna dziura się trafi, gdy usłyszałam TEN GŁOS. Otworzyłam okno i… tak to był żuraw. Porwałam aparat, boso wyskoczyłam na trawę i udało mi się zrobić te trzy fotki. 




Zakrzyczał jeszcze kilka razy i poleciał gdzieś nad Maruńskie Łąki. Tak to tak, szybko do domu, ciuchy, skarpety, kalosze i dalej na poszukiwanie żurawia. Mógł być na łosim rozlewisku, mógł na górce za Marią lub pod lasem. Zwariować można od tych możliwości, pomyślałam, że może to jednak ten z Żurawiego Stawu i tam postanowiłam sprawdzić. Po drodze jednak zobaczyłam pasące się sarny i nijak nie dało się zostawić ich w spokoju zwłaszcza, że wiatr był korzystny. 





Mogłam podejść je jeszcze bliżej, ale oczywiście usłyszałam żurawie wołanie. A niech to, obiecałam sobie, że nic już nie odciągnie mnie od celu, ale gdy dotarłam nad staw żurawia nie było. Była za to czubatka z wicherkiem na głowie, 


a kawałek dalej na drodze leżał śnięty cytrynek. 


Nie wiem, czy to się liczy, jeśli nie był żywy, ale jak pamiętam z „Doliny Muminków” spotkanie pierwszego żółtego motyla na wiosnę oznacza, że lato będzie wesołe. Czyż to nie piękna wróżba. Naraz znowu usłyszałam krzyk żurawia i zobaczyłam go, leciał w stronę starego lasu. 


Marunka rozmarzła i niczym duża rzeka toczy spiętrzone bobrzymi tamami wody do Pisy. 


Pola wokół też rozmarzły, ale jeszcze nieobsiane więc nic dziwnego, że żuraw nie usiadł, bo i po co? Zmęczony długą podróżą musiał znaleźć lepsze miejsce na pierwszy popas, może w okolicy Jezioran, gdzie pola ogromne i ozimina wyłoniła się spod śniegu. Wracając najpierw usłyszałam a potem wysoko nad łąką zobaczyłam skowronka.  


Dzisiejszy pochmurny i wietrzny dzień przyniósł dwa zwiastuny, dwa twarde dowody, że wiosna przyszła, a co będzie jak zaświeci słońce?