środa, 6 listopada 2013

Zimowe ptasie rozterki

Na Warmii zimuje sporo ptaków. Większość, kręcącą się wokół domu, zdążyłam poznać, ale są i takie, które widzę pierwszy raz. W zagajniku rosnącym nieopodal mieszka taki osobnik. Pierwsze oznaki jego pobytu zauważyłam na początku grudnia. Będąc na spacerze nad rzeczką, na spuszczonej przez bobry olsze znalazłam piórka.

Co u licha, oprócz człowieka, skubie ptaka przed zjedzeniem? Pewnego dnia tuż przed zachodem słońca usłyszałam uderzenie w szybę tarasowych drzwi. Podeszłam zobaczyć, co się stało. Pod drzwiami stał drżący trznadel.  Nie wiadomo, dlaczego uderzył w szybę, ale najważniejsze, że był tylko oszołomiony. Wzięłam go do ręki, nie protestował. Serduszko biło w miarę normalnie. Pomyślałam, że pewnie zaraz odzyska świadomość. Postawiłam go na brzegu karmnika i odeszłam.

Po chwili w ptasiej stołówce zaroiło się od reszty ptactwa, a on wciąż stał, nie jadł, tylko patrzył. Pomyślałam, że może ogrzeję go w domu, bo tkwiąc w bezruchu zamarznie. Podeszłam jeszcze raz, wyciągnęłam rękę, a ten, frrrrr...  Ożył nagle i poleciał. Następnego dnia pod szybą osłaniającą ganek znalazłam martwego grubodzioba.

Z reguły tylko przestraszone ptaki, uciekające w popłochu, wpadają na okna z takim impetem. Co mogło przestraszyć grubodzioba? Nazajutrz, uzupełniając karmniki, usłyszałam za domem rozpaczliwe wołanie. Podbiegłam i zobaczyłam, jak uciekająca zygzakiem sikora krzyczy:
- Uważajcie, chowajcie się, leci, leci za mną, zaraz zginę, ratunkuuu …, ratunkuuu…, ratunkuuu…, o matko, mało brakowało i byłoby po mnie.
A gonił ją „Istny Niemiec, sztuczka kusa … Siada, rośnie na dwa łokcie, nos jak haczyk, kurzą nogę i krogulcze ma paznokcie”. Tak, tak, to krogulec.

Sikorze udało się znaleźć azyl w gęstych, kolczastych krzewach rokitnika, a napastnik głodny i zmęczony usiadł odpocząć na jarzębinie.

Pewnie dopadłby sikorę, gdybym nagle nie wyskoczyła zza domu. Cóż, żeby przetrwać mroźną noc, krogulec musi, jak pisze dr. Kruszewicz, zjeść ekwiwalent dwóch sikorek. Jeśli przez dwa dni nic nie upoluje, to po drugiej, głodnej nocy już się nie obudzi. Krogulec siedząc w swojej czatowni zauważył latające do moich karmników sikory, trznadle i mazurki, że o sójkach i grubodziobie przylatującym na rajskie jabłuszka nie wspomnę.  Swoje ofiary obserwuje z ukrycia, aż nagle atakując, płoszy i łowi najbardziej zdezorientowane ptaki. I co ciekawe, jak zaobserwował mój znajomy, padliny nie ruszy. Jada tylko świeżutkie,  osobiście upolowane.

Otóż właśnie krogulec skubie swoje ofiary przed zjedzeniem, więc piórka, które znalazłam na olsze mogły być pozostałością jego obiadu, a nieprzytomny trznadel i martwy grubodziób to też pewnie jego sprawka. Rozbestwił się mój krogulec. Oto w kolejny ciepły dzień ptaki korzystając ze słońca przysiadły na rosnącym pod domem jaśminie i czyściły piórka, a ten lotem błyskawicy okrążył dom dwa razy wywołując panikę, po czym nagle zawrócił wprowadzając jeszcze większe zmieszanie. Ptaki, zamiast lecieć do lasu, schowały się w rosnącej obok domu kosówce, krogulec wleciał w gęstwę za nimi i dopiero wtedy uciekły. On przysiadł na gałązce, rozejrzał się dookoła, zanurkował jeszcze w rosnący obok świerk, ale i tam nikogo już nie było.  Musiał obejść się smakiem. Wiem, że każdy musi jeść by żyć.

Dokarmiając małe ptaki ułatwiam im przetrwanie mrozów, a one ułatwiają to krogulcowi. Na szczęście mróz zelżał i krogulec nie będzie musiał jeść na moich oczach, więc i serce nie będzie bolało, że karmię te sikory i trznadle na stracenie.

wtorek, 5 listopada 2013

Trzepot skrzydeł motyla

Moja znajomość motyli przez bardzo długi czas ograniczała się do bielinków, no i może „takich brązowych w plamki". Kiedy zamieszkaliśmy na wsi okazało się, że motyli jest więcej niż dwa gatunki.

Najpierw zaczęłam widzieć takie rudawe z kropkami od spodu, potem rudo brązowe w ciemne plamy i takie ze szlaczkiem. W końcu zaczęłam ich szukać w książkach i w internecie, i wtedy okazało się, że bielinek to nie tylko kapustnik, a całkiem spora różniąca się od siebie gromadka, że cytrynek to nie bielinek, że te rude z plamą to przecież widywałam i jest to Rusałka Pawik, te rudo brązowe to Rusałka Pokrzywnik, te ze szlaczkiem to Rusałka Admirał, a te z kropkami od spodu to Przestrojnik Trawnik – ot, co!

Kiedyś w wakacje przyjechał kuzyn męża z super aparatem, pstryknął zdjęcie Rusałce Pawikowi i zaraz potem okazało się, że w kadrze jest też malutki niebieściutki motylek. A to ci dopiero historia, to one są też niebieskie i żyją na mojej łące. Kuzyn odjechał, a ja zapomniałam o niebieskim motylu. Minął rok czy dwa i zdarzyło się, że słuchałam audycji, w której entomolog opowiadał o małych sprytnych motylach modraszkach, co to niczym kukułka podrzucają własne larwy mrówkom do mrowiska i że są one bardzo rzadkie, a w związku z tym pod ochroną. I wtedy przypomniałam sobie niebieskiego motyla ze zdjęcia kuzyna. No to pięknie, może mam skarb na łące i nic o tym nie wiem. Kolejnym etapem mojego poznawania motyli był przygotowywany przez koleżankę fotokast o modraszkach właśnie. Pochwaliłam się, że na mojej łące latają niebieskie motylki a ona na to - To może zrobisz zdjęcia?. Czemu nie. Przyszedł maj i pojawiły się pierwsze dwa. Malutkie, ruchliwe, po 10 minutach obserwacji dostałam oczopląsu, a one nie zamierzały usiąść i posiedzieć chwilę spokojnie, żebym mogła je sfotografować. Zdjęcia motyla, który ma 2,5 cm rozpiętości skrzydeł z odległości dwóch metrów to żadne zdjęcia, zwłaszcza amatorskim aparatem.

Nauka cierpliwości i umiejętności obłaskawiania tych płochliwych stworzonek trwała około miesiąca. Aż wreszcie odkryłam, że one najczęściej i tak wracają w to samo miejsce, z którego zostały spłoszone, ale wcześniej dla zmylenia przeciwnika, czyli np. ptaka czy kota, czy też konkurenta własnego gatunku latają jak opętane w różne strony. Więc czekałam w jednym miejscu i nareszcie się udało. Pojawiły się także dwa, ale trochę inne, większe od tych majowych, upodobały sobie rozkładającą się stertę glonów na brzegu stawu, usiadły na niej i to są moje pierwsze – dla mnie piękne – zdjęcia modraszków.

Potem, dzięki stronie lepidoptera starałam się je rozpoznać.  Okazało się, że w rodzinie modraszków są niebieskie modraszki, są też czerwone czerwończyki i zielone zieleńczyki oraz ogończyki z ogonkami.

A w innych rodzinach karłątki, przeplatki, dostojki, strzępotki i rusałki, i setki innych. I teraz dopiero idąc polną drogą czy łąką widzę je i rozpoznaję.

Wierzcie mi, bieganie po łące i robienie im zdjęć, obserwowanie jak układają się do snu, jak czekają, aż poranne słońce osuszy ich ciężkie od rosy skrzydła, to ogromna przyjemność. Wybrałam się kiedyś na spacer po łące porośniętej bardzo wysoką trawą. Łąka stara, a więc z mnóstwem ziół i kwiatów, a wśród nich fioletowe główki driakwi.  I na nich właśnie zauważyłam wielkiego białego motyla.

Rozpychał się „łokciami” przelatując z kwiatka na kwiatek, przepędzał inne, nawet całkiem duże motyle. Udało mi się podejść dość blisko i zrobić parę zdjęć. A on po kilku krótkich przelotach na pobliskie kwiaty poderwał się wreszcie i machając ogromnymi skrzydłami, odleciał szybko i daleko. Czy słyszeliście kiedyś trzepot skrzydeł motyla? Pomyślałam, że mam omamy. Słyszałam szum, by nie powiedzieć łopot jego skrzydeł. Wróciłam do domu, wrzuciłam zdjęcia do komputera i zaczęłam szukać, co za jeden. Okazało się, że to Niestrzęp Głogowiec. Motyl, którego rozpiętość skrzydeł sięga czasem 8 cm. No, ale żeby słyszeć szum?  Następnego dnia znowu był na tej samej łące, znowu udawał ważniaka, a napiwszy się do syta nektaru, poderwał się i … usłyszałam to jeszcze raz. To fantastyczne uczucie, odkrycie czegoś, o czym się nie miało do tej pory pojęcia. Szum skrzydeł motyla. Wybierając się na Warmię i Mazury koniecznie zabierzcie ze sobą aparat fotograficzny, idąc na łąkę miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Niestrzęp Głogowiec lata wprawdzie do końca lipca, ale są duże motyle, które można spotkać i we wrześniu.
A tu jeszcze kilka zdjęć motyli żyjących na warmińskiej łące.









Karłątek



Czerwończyk zamgleniec



Proporzyca marzymłódka

Strzępotek perełkowiec

Dyblik liniaczek



Dyblik liniaczek

Czerwończyk dukacik

Przestrojnik trawnik


Modraszek argiades


poniedziałek, 4 listopada 2013

Rykowisko

Lubię odkrywać małe tajemnice świata. Lubię myśleć o tym, że kiedyś to czy tamto zobaczę, i na własne oczy przekonam się, jakie jest wspaniałe, piękne. Jedną z takich rzeczy, które chciałam zobaczyć było  rykowisko.

O jelenich zalotach opowiadali mi znajomi myśliwi. Czasami zbierając w lesie grzyby słyszałam daleko ryczącego byka.  Ale żeby tak osobiście na własne oczy z bliska, to dłuższy czas było w sferze marzeń. Widać na wszystko musi być odpowiednia pora. A taka nadarzyła się kilka lat temu. Pewnego wrześniowego przedpołudnia zbierałam w przydomowym ogrodzie maliny. Wrzesień to szczyt owocowania maliny Polany. Na zachód od ogrodu, w miejscu gdzie teraz znajduje się staw, było mokradło porośnięte gęsto a to wierzbą, a to tarniną, a to bzem czarnym. Od południowej strony powyżej mokradła rozciąga się ogrodzone końskie pastwisko, na którym spokojne skubały trawę konie - Franek - kary wałach rasy wielkopolskiej i Ruda - przecudnej urody jak mawia jeden znajomy Piotrek, klacz trakeńska.                 Było cieplutko, słonecznie, maliny piękne, dojrzałe, więc rwałam je garściami i mruczałam pod nosem „ W malinowym chruśniaku, przed ciekawym wzrokiem zapodziani po głowy …”.Gdy doszłam do „bąk złośnik huczał basem…” i wymamrotało mi się to trochę głośniej, z mokradłowych krzaków jak tornado wyskoczył wielki rogaty jeleń, jednym susem przesadził półtorametrowe ogrodzenie i znalazł się na końskim pastwisku. Ruda i Franek stanęły jak wryte, mnie miska z malinami wypadła z rąk, jeleń zarył kopytami przed Rudą popatrzył, po czym wykonał zwrot na zadzie i pognał w pobliskie zarośla. Pojęcia nie mam czy to ja go wypłoszyłam, czy też może miał zamiar zaproponować randkę Rudej, a zorientowawszy się, że to nie łania, zawstydzony zdezerterował. Ale widok wart był miski słodkich pachnących malin. Jeszcze tego samego dnia zachciało mi się pójść na grzyby. Mam takie swoje ulubione miejsce, sporą kępę starych drzew i przylegający do niej młodnik, rosnące na środku śródleśnej łąki. Rosną tam i prawdziwki, i podgrzybki, i kanie, i koźlarze. Wzięłam koszyczek i podreptałam. Zaraz na wejściu pod leszczyną trafiłam pięknego borowika, a potem już tylko chodziłam, chodziłam i nic, gdy wtem…  Z młodnika wyskoczył, wypisz wymaluj, taki sam jeleń, co to do południa był na moim pastwisku, i wali prosto na mnie. Ogłupiała ze strachu, wrzeszcząc  - Ratunku! - schowałam się za drzewem i nie wiedzieć czemu zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam po jeleniu nie było śladu. Nie lubię się bać. Po cichutku grzecznie wróciłam do domu. Odechciało mi się grzybów i bliskich rykowiskowych spotkań trzeciego stopnia.
Odechciało się do następnego września, gdy pewnego dnia przyszedł wnuk sąsiadów i powiedział:
- Zaczęło się, jest jeden duży byk i ryczy na łące za rzeczką.

Błyskawicznie wskoczyłam w gumiaki i dalej na łąkę. Usłyszałam go od razu, a jak doszliśmy do Krzywej Sosny to nawet zobaczyłam.

Stał w prześwicie między olchami za strumieniem, a dobry kawałek przed nim pasł się spokojnie jego harem. Dostałam jakiegoś dziwnego dygotu.  Więc stało się. Widzę pięknego jelenia ze stadem łań i słyszę jego tęskną, z głębi trzewi płynącą, pieśń. Przez długą chwilę napawałam się szczęściem. Po czym pomyślałam, że jeśli podejdę bliżej, to może zobaczę więcej. Deszcz padał cały dzień, trawa na łące wysoka do pół uda i mokra, ale co tam, zmierzch zapadnie lada moment i czar pryśnie, nic nie będzie widać. Stado łań niespiesznie przeszło przez rzeczkę i zaczęło wspinać się na górę, a on wciąż jeszcze stał i ryczał. Wreszcie także się przeprawił i szedł za stadem, powoli, dostojne, dźwigając na głowie potężną koronę  – Król Mazurskich Lasów. Zaczął wspinać się pod górkę, my w ślad za nim. W końcu zniknął za linią horyzontu, a w każdym razie tak nam się zdawało. Zaczęliśmy iść trochę szybciej i rozmawiać ciut głośniej. Nagle, gdy dochodziliśmy do krzaka głogu, rozległ się potężny ryk. Podnieśliśmy głowy i oto jakieś piętnaście metrów przed nami, z góry, znakomicie widoczny na tle nieba, patrzył na nas wielki rogaty łeb i grzmiał:
- To moja łąka i moje łanie. Czy ja do cholery mogę spokojnie odprawić to rykowisko, czy też będziecie za mną łazić całą noc?
Zamarliśmy, a on jeszcze dwa razy rykiem obwieścił światu swą moc i spokojne odszedł. Był taki moment, kiedy zamierzałam ze strachu wleźć na ten kolczasty głóg. Na zawsze zostanie mi w pamięci sylwetka potężnego jelenia na tle ciemnego nieba, patrzącego na mnie z tak bliska. Moja ciekawość osiągnęła stan nasycenia. Od tamtej pory, kiedy przychodzi wrzesień i jelenie odprawiają odwieczny rytuał, wystarcza mi, że słyszę jak ryczą, wiem, gdzie ryczą i niech sobie ryczą, w końcu to ich bardzo intymna, przepiękna, ale prywatna jelenia sprawa.

Nie udało mi sie nigdy zrobić zdjęć podczas rykowiska jeleni ale mam kilka z godów saren , jelenie w letnim scypule i sarny pasące sie na łące.









Jemiołuszki

                                    

Pierwszy raz zobaczyłam je ładnych kilka lat temu. Miałam w pracy popołudniowy dyżur. Była pogodna jesień. Na klombie, którego dziś już nie ma, rosły dzikie róże, pełne pięknych, karminowych owoców. Nieopodal pod topolami, których też już nie ma, stało moje świeżo umyte auto. Po chwili klomb zaroił się od dziwacznych ptaszków, które buszując zawzięcie, minuta po minucie, ogołacały różane krzewy. Obserwowałam je siedząc za biurkiem. Nigdy wcześniej takich nie widziałam. W przerwach na trawienie siadały na wspomnianych topolach. Do pokoju wszedł kolega i powiedział
- Lepiej przeparkuj, bo za chwilę nie poznasz swojego samochodu.
A ja na to:
- A co tam, niech sobie jedzą spokojnie, tych kilka świeżych kup umyję sama wodą.



Po pewnym czasie ptaki odleciał, a mnie coś tknęło i poszłam sprawdzić jak tam moje autko. Szczęka mi opadła. Samochód wyglądał, jakby słoń zwymiotował na niego zupę pomidorową. Ptaki błyskawicznie trawiły to, co zjadły i wydalały resztki z jakimś pioruńskim lepiszczem, które przykleiło się do karoserii i za nic nie chciało zejść. Nie pamiętam skąd się dowiedziałam, że to były jemiołuszki. Ale to, że musiałam auto szorować godzinę, zapamiętałam bardzo dobrze. Jemiołuszki przylatują do nas ze znacznie zimniejszych regionów.


Nasza zima im nie straszna dzięki temu, że, niczym niedźwiedzie, gromadzą na sobie zapasy tłuszczu, a i dzięki temu, że zimą znacznie powiększa się ich wątroba, co sprawia, że trawią miąższ zjedzonych owoców w ciągu 7-10 minut. Wydalane nasiona otulone tą lepką substancją przyklejają się do napotkanych po drodze gałązek i tak na przykład rodzi się nowa jemioła. Od tamtego jesiennego popołudnia minęło sporo czasu. 
                                     


Wreszcie, jakoś tak na początku stycznia tego roku, na starej ogromnej brzozie rosnącej koło domu usiadło duże stado ptaków. Zaczęły ze sobą smętnie, cichutko gwarzyć, a brzmiało to tak, jakby ktoś zawiesił na drzewie kilkadziesiąt malutkich srebrnych dzwoneczków i wiejący wiatr poruszał nimi w takt na trzy. Lornetka poszła w ruch i cóż to, szaroróżowy brzuszek, czub irokeza na głowie, wojenna kreska przez oko, czerwone wałeczki na końcach skrzydeł i żółte dachóweczki na końcu ogonka - to jemiołuszki. Usiadły na brzozie, bo właśnie na niej znalazły mnóstwo jemioły i jej białych owoców. Zjadły je, a po jakichś pięciu minutach część z nich przeleciała na rosnącą za domem rajską jabłoń, pełną bordowych jabłuszek.


Tak duże stado przylatywało jeszcze dwa razy. Zawsze ta sama kolejność – brzoza, a właściwie jemioły na brzozie i rajska jabłonka. Jabłuszek było coraz mniej, bo podjadały je i sikory, i kosy, i kwiczoły, a i krzyżodzioba widziałam ze trzy razy. Po jakimś tygodniu pojawiły się, ale tylko dwie jemiołuszki, i pospołu z trznadlami i kwiczołem jadły zmarznięte jabłka wyłożone pod jabłonkę. A w miniony piątek, kiedy to w nocy był mróz 20 stopni, a rankiem wstało piękne słońce i grzało cudownie jakby chciało powiedzieć, że wiosna już niedługo, jemiołuszki znowu przyleciały.
                                      

Najpierw wygrzewały się na linii energetycznej, potem zaczęły wyjadać owoce z ligustrowego żywopłotu, a potem zasmakowały w przemarzniętych jabłkach zawieszonych jeszcze w grudniu na śliwie węgierce. Pobyt u nas zakończą w kwietniu, polecą na północ i wschód, by tam założyć gniazda. 
A ja w kwietniu posadzę jeszcze ze dwie rajskie jabłonki, a jak przyjdzie następna zima, będę czekać na przylot  jemiołuszek, by nacieszyć oko i jeszcze raz wysłuchać ich pięknej, dzwoneczkowej gawędy.