niedziela, 23 kwietnia 2017

Popołudniowa godzina

Pogoda, jaka jest każdy widzi i narzekanie nic nie pomoże, trzeba korzystać z każdej słonecznej chwili. Nad Żurawi Stawem nie byłam już dziesięć dni. Powód był prosty, deszcz i wycinka. Dzisiaj jednak w lesie panowała cisza, w dodatku świeciło słonce, więc po południu udałam się.  O ptasim bogactwie, jakie tu można było spotkać dwa lata temu, trzeba zapomnieć. Może to przez zimno, albo przez to, że w koło jest mnóstwo fajniejszych miejsc do gniazdowania, albo przez zaborcze łabędzie.  


Prócz łabędziej pary są krzyżówki, których tylko samce pokwakują od czasu do czasu, dwie pary krakw, które dziś widać było tylko za chaszczami, żurawie i para gągołów, która lada moment zniknie. Właściwie tylko kaczka zniknie siadając w dziupli na jajach, on będzie ciągle łowił i do owej dziupli dostarczał. To było wyjątkowo spokojne popołudnie, gągoły pławiły się w ciepłym słońcu z małymi przerwami na nurkowanie. 
















Zaciekawiony łabędź przypłynął sprawdzić, co im tak smakuje, po czym przypomniał sobie, że to jego kolej wysiadywania i popędził jak szalony.  





Tupot wielkich łabędzich łap narobił hałasu i wyciągnął z gniazda żurawia, który przy okazji podjadł i rozprostował nogi. 






Gągoły obserwując kątem oka to, co się działo na stawie dalej spokojnie żerowały, by nagle odpłynąć w okolice wschodniej zatoczki. 















Niebo zasnuły chmury, wrócił silny wiatr, zanosiło się na deszcz, wracałam do domu z myślą, że tym razem nie wydarzyło się nic ciekawego nic, na czym można by utkać historię, tylko zdjęcia wyszły ładne, jak to w zachodzącym słońcu. Dobre i to.

piątek, 21 kwietnia 2017

Zobaczyć wszystko

Każdej wiosny jest taki tydzień, że światem przyrody rządzi amok. Dlaczego więc rok w rok czekamy na ten czas, zachwycamy się widokiem tokujących ptaków, przeróżnych zalotów, amorów, wojenek i innych dziwnych zachowań? Bo nigdy nie damy rady tyle czasu wysiedzieć na łące, w lesie czy na wodzie, w przytomności umysłu, by udało nam się zobaczyć wszystko. A nawet jak oglądamy ciągle to samo to i tak to, co piękne nigdy nie nudzi.  Może kiedyś uda mi się zobaczyć toki pustułki, a na razie wiem, że już jest i poluje nad łąką zawisając w powietrzu jak zamrożona. 



Wcześniej niż zwykle pojawił się też samiec błotniaka stawowego. 



Myślałam, gniazdo będzie jak rok temu, przy Marunce na styku dwóch pól, ale po kilku dniach pojawiła się samica i podjęła decyzję, że wrócą na swoje stare, znów napełnione wodą mokradełko, na zachód od wsi. 



Najbardziej bogaty w spotkania był wtorek. Zaczęło się od zajęcy, a zaraz potem pod domem szaleńcze loty odbywały kopciuszki. Dorodny, pięknie wybarwiony samczyk prezentował się i w sosnach i na karmniku i w jałowcu, 



ona wolała drzewka owocowe.  


Są też młode przyglądające się starej parze, śpiewa toto jak najprawdziwszy kopciuszek, ale czy to samiec czy samiczka nie wiadomo. 


Są po dwie pary makolągw, dzwońców i rudzików. Dzwońce z jałowca paskudnie się zachowały odwiedzając gniazdo makolągw w kulistej tui podczas nieobecności gospodarzy. Pan dzwoniec stał na czatach, a pani dzwońcowa obejrzała wnętrze. 



Niestety makolągwy wróciły wcześniej i już, już zanosiło się na męską rozmowę, ale ostatecznie pokojowo nastawiona samiczka stwierdziła, że nic nie zginęło, więc samczyk ostudził nieco zapał wodą, a pozostałą energie spożytkował na wyższe cele. 









Rudziki niestety są dość skryte i gdzie gniazdują nie wiem, za to miałam okazję oglądać napad szału samczyka, który przysiadł na ogrodowym stole, napuszył się, rozłożył skrzydła i zaatakował szaro pomarańczową złączkę węża, aż ją zrzucił na ziemię, po czym dumny przysiadł na karmniku. 


Jakby tego wszystkiego było mało poniosło mnie jeszcze na nenufarowe jeziorko. Napotkana po drodze zięba mówiła, że nic ciekawego tam się nie dzieje, ale, zawsze to lepiej unaocznić sprawę. W północnej zatoczce gdzie zwykle gniazdują łabędzie i gdzie ostatnio słyszałam perkozki panowała cisza.  Zrobiłam jeszcze kilka kroków, gdy usłyszałam głębokie mruknięcie, jeszcze krok i… kilka metrów ode mnie między gałęziami zobaczyłam dwa wielkie dziki. Zrobiłam to zdjęcie nim pomyślałam jak są tak blisko, na więcej nawet się nie siliłam. 


Kawałek dalej spotkałam raniuszka, ale ochota na dalszy przegląd brzegów całkiem mi odeszła. 


Jeszcze jeden dzik, tym razem w całości i z daleka zaprezentował się na przesiece. 



Myślałam, że to koniec atrakcji, a tu po południu nad domem pojawiła się para orlików krzykliwych. 



Poszłam za nimi na łąki, ale napotkawszy śpiące sarny dałam spokój. 



Mam czas, przecież tyle jeszcze przed nami, wiosna dopiero się rozkręca.