środa, 5 marca 2014

Wiosna czaruje ptasim śpiewem.

Większość ludzi już dawno zatraciła umiejętność obserwowania przyrody i wyciągania z tych obserwacji właściwych wniosków. Ludzie tak, ale zwierzęta wciąż kierują się instynktem i sobie tylko znanymi sposobami potrafią odczytywać znaki na niebie i ziemi, które kierują ich życiem i które już w lutym zasugerowały im, że … wiosna idzie. Początek lutego niby nic nie zapowiadał, ale dał się zauważyć nieco większy ruch wśród ptactwa. 

Mazurki, dotąd przylatujące tylko na noc do domu, zaczęły w ciągu dnia przesiadywać na wierzchołku tui i gadać ze sobą.



Obserwując grubodzioba podjadającego owoce głogu nagle zobaczyłam tego tu osobnika. Bielik, jak gdyby nigdy nic, zasiadł na czubku świerka i obserwował okolicę.  

Na łące gdzie zwykle pasło się kilka saren było pusto. Taki stan trwa, od kiedy myśliwi postawili tam nową ambonę. Czasem tylko, przy przepuście na rzeczce można z daleka zobaczyć koziołka z małżonką. 

Gdzieś w połowie lutego wędrując wzdłuż pokrytej lodem rzeczki zatrzymywałam się przy bobrowych tamach licząc na to, że uda mi się zobaczyć zimorodka. 

Zimorodka nie było ale coś mi mignęło w trzcinach. Przyjrzałam się uważnie i oto, co zobaczyłam. 

Z jednej strony mordka a z drugiej puszysty ogonek, reszta w tunelu pod ziemią. To Norka, pod brodą miała białą plamkę, więc serce mi drgnęło, że może oto odkryłam uważaną za wymarłą norkę europejską. Wprawdzie widziano ją ostatnio w 1926 roku pod Elblągiem, ale to przecież niedaleko i może kryjąc się umiejętnie, jakoś te 88 lat przetrwała. Jeszcze kilka zdjęć i zadowolona z łupu wracałam do domu nie licząc na nic więcej. Aż tu nagle usłyszałam kilkakrotne pipipipi tiiiiiiiiiii. To trznadel, siedząc na czubku świerka śpiewał piosenkę godową. Trznadle u nas zimują. Żywią się nasionami na niekoszonych łąkach, zbierają ziarno w okolicach końskich stajni albo przylatują do karmnika. 

Dość szybko przystępują do lęgów, ale żeby tak w połowie lutego. Pomyślałam, że jeden trznadel wiosny nie czyni i już miałam iść do domu, gdy najpierw dał się słyszeć srebrny głos sikory vicevicevicevice... a zaraz potem  usłyszałam drozda. Siedział na samym czubku oszronionego nocnym mrozem klona i czyściutkim, fletowym, czarownym śpiewem nakłaniał samiczkę do uległości. 

Także wiewiórka, czując, że coś się święci, kręciła się po sośnie przegryzajac szyszki.



No to już nie przelewki. Wiosna spóźniona w ubiegłym roku, w tym nadrabia zaległości. I rzeczywiście dwa dni później usłyszałam żurawie. 

I tak już, co dnia aż do początku marca ich krzyk przeplatał się z uprzykrzonym głosem trznadli, sikor i drozdów. A dokładnie 2 marca na świerku pod domem usiadły cztery szpaki, poplotkowały troszkę i odleciały. Zima nie była mroźna, więc robaczków, larw i owadzich jaj jest pod dostatkiem by wyprowadzić trzy a może nawet cztery lęgi. Szpaki nie próżnują. Wczoraj widziałam jak z budki lęgowej wiszącej w ogrodzie sąsiadki Marii, przepędziły sikorę ubogą i same zasiedliły budkę wyśpiewując przy tym przepięknie jakby tym śpiewem chciały udokumentować prawo do jej zamieszkania. 

Nad łąką zobaczyłam przelatujące skowronki. Ciągle widać wracające stada gęsi i żurawi i jeśli przylecą bociany to będzie pewne, że w ptasim świecie nastała wiosna. A jeśli chodzi o norkę to moje marzenia o odkryciu wymarłego gatunku rozwiała Pani Maja Szymańska-Łukszo asystent hodowlany z Działu Ssaków Drapieżnych poznańskiego ZOO, zdecydowanie rozpoznając na zdjęciu norkę amerykańską. Mówią, że to urodzony morderca a jest taka milutka i tak jej dobrze z oczu patrzy.


1 komentarz: