piątek, 8 sierpnia 2014

Moje kosy

 Moje spotkania z kosami zaczęły sie pierwszej zimy na wsi. Lutowe słońce nie grzeje jeszcze zbyt mocno, ale jego promienie wzmocnione odbiciem od białej ściany domu miały w sobie dość ciepła by roztopić śnieg i rozmrozić spory kawałek ziemi pod południowym oknem. Wykorzystały to trzy piękne, czarne kosy. Pomarańczowymi jak płatki nagietków dziobami wyciągały z nagrzanej ziemi tłuste dżdżownice. Zaraz wyłożyłam im rodzynki i jabłka, ale nie były zainteresowane, wolały mięsko. Ponownie zobaczyłam kosa następnej zimy, stał u wejścia do Czakowej budy grzejąc się w promieniach wschodzącego słońca. Kiedyś udało mi się podejść kosa w gęstwinie czarnego bzu. Stał na gałązce i widząc gdzieś na listkach porozwieszane nuty, każdą z nich wyśpiewywał jak najdokładniej i jak najpiękniej. Ten cudowny, czarowny koncert nie był dla mnie a dla siedzącej w dole samiczki. A potem przyszła straszna dla zwierząt zima z dużym śniegiem i trzydziestostopniowym mrozem. Wracając z drewutni zobaczyłam go siedzącego na jałowcu. Poderwał się tak jakoś niezdarnie i sfrunął prosto pod moje nogi. Zabrałam go do domu, myślałam, że jeśli ogrzeję, dam jeść i pić to przeżyje. Wtulił się tylko w moje ręce i skonał. Od tamtej pory zimą obsesyjnie przeglądam krzewy pod domem. No, ale ptasi świat rządzi się swoimi prawami. Zimą na jabłka, rodzynki, banany i słoninę przylatywały pod dom samiczki kosa i kwiczoły.




Jadły zgodnie, razem a jak tylko pojawił się samczyk kosa zawzięcie go atakowały i odpędzały. Musiałam poutykać jabłka na płocie daleko od domu, żeby i on miał się, czym pożywić. 


Od kilku lat kosy gniazdują w starodrzewiu za stajnią. Tam widziałam samiczkę 


i tam też, tej wiosny widziałam samczyka poszukującego jedzenia dla swoich dzieci. 


Bo u kosów jest tak, że samiczka buduje gniazdo i wysiaduje jaja. Karmieniem piskląt zajmują się na początku oboje rodzice a gdy te trochę podrosną, samiczka zostawia obowiązki rodzicielskie samczykowi, znajduje nowego partnera, buduje nowe gniazdo i znosi kolejne jaja. Kosy, oprócz dżdżownic chętnie zjadają różne owoc. Kiedyś w ciągu jednego dnia zniknęły z krzaczków wszystkie borówki, innym razem owoce świdośliwy, podjadały też wiśnie i czereśnie. W tym roku zauważyłam samczyka, który w lipcowe poranki szukał pożywienia na pastwisku


a ostatnio zasmakował w czerwonych porzeczkach. Najpierw przyleciał sam 


a za chwilę razem z matką przyleciało tegoroczne całkiem duże i nieźle wykarmione dziecko. 




Jest mi bardzo miło, bo to kolejna ptasia rodzinka, która tak blisko podchodzi do mojego domu i prezentuje swoje młode. Mimo, że byłam dobrze ukryta w jabłonce, kiedy zaczęłam robić zdjęcia samczyk natychmiast uciekł, za chwilę, chwyciwszy dwie porzeczki w dziób odleciała samiczka a dziecko zostało zdumione ucieczką rodziców. 


I dopiero ich nawoływania z sosny
- Uciekaj, uciekaj tam jest człowiek.
- Ale mówiliście, że nic nam nie zrobi
- Mówiliśmy, ale lepiej jak będziesz ostrożny, więc rusz swój tłusty kuperek i znikaj.
I zniknął. Czatowałam jeszcze trochę mając nadzieję na powrót kosiej rodzinki, ale o porzeczkach dowiedziała się też sójka.


I ktoś jeszcze ( nie wiem, kto).



Porzeczki zostały zjedzone i co teraz będzie? Wiśni nie było, bo niespodziewane w maju siedem stopni mrozu zniszczyło zawiązane już owoce. Teraz nieszczęsne, afrykańskie upały ususzyły niedojrzałą jarzębinę i aronię, tarki opadły. Został jeszcze głóg i czarny bez i w nich i ludzkiej pomocy nadzieja, bo czym będzie wiosna bez czarownych kosich flecików?

1 komentarz:

  1. Pięknie piszesz:) Kosy to dla mnie jedne z najmilszych ptaków. Zapraszam do mnie: origamiiptaki.blogspot.com
    U mnie chwilowo motyle i ćmy bo ostatnio mam do nich szczęście ale w większości piszę o ptakach:)

    OdpowiedzUsuń