sobota, 22 czerwca 2013

Rok białego gołębia

To był początek czerwca. Spacerowałam sobie nad stawem próbując zrobić zdjęcia motylom modraszkom przysiadającym co chwila na wyciągniętych z wody, gnijących glonach. Po godzinie miałam dość zdjęć i dosyć leżenia z nosem w smrodzie. Zostawiłam w spokoju motyle i już miałam iść do domu, gdy zobaczyłam na górce w dość wysokiej trawie przy kamiennych schodach do stawu jakieś białe ptaszysko. Zaczęłam z
daleka robić zdjęcia bojąc się, że odleci i nigdy nie dowiem się, co to za jeden. Krok za krokiem podchodziłam bliżej a ten nic. Oswojony z ludźmi albo bardzo zmęczony - pomyślałam. Podeszłam na jakieś cztery metry i wtedy zobaczyłam, że to gołąb. Siedział w trawie i zupełnie się nie bał. Cały biały z małym wicherkiem z tyłu głowy. Wyglądało na to, że pewnie za chwilę zejdzie czy sfrunie do stawu, napije się wody i, jak to gołąb, poleci dalej. Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcie i poszłam do domu. Wieczorem zajrzałam nad staw – gołębia nie było. Takie to gołębie życie, lecieć, lecieć, przysiąść gdzieś, odpocząć i lecieć dalej. Aż tu następnego dnia okazuje się, że pan gołąb nie odleciał. Nocował sobie na daszku przybudówki sąsiadowej stodoły. Nie ma się czemu dziwić. Koło stodoły stało karmidło dla kur pełne pszenicy, czyli tego, co gołębie lubią najbardziej. Kury się najadły, najadł się gołąb, a i tak jeszcze dużo zostało. I tak upływały kolejne dni. Gołąb jadł i pił z kurami i ostro trenował loty. Na krótkich dystansach, ale za to kilkanaście serii dziennie po siedem, osiem oblatywań. Zastanawiałam się, czy mu nie tęskno do stada, do innych gołębi i kiedy odleci. Ale on zadomowił się na dobre. Zdarzyło się nawet, że samiczka dzikiego gołębia grzywacza doceniwszy jego brawurowe popisy latania siadła na linii elektrycznej i kiwając w jego stronę podniesionym ogonkiem, namawiała do amorów. On i owszem, zauważył, podleciał, obleciał ją dookoła i na tym znajomość zakończył. Lato się skończyło, zaczęła jesień. Gołąb wyraźnie postanowił zostać. Latał coraz rzadziej. Czas spędzał siedząc na belce pod dachem stodoły lub w stodole, zlatywał tylko na karmienie. Zima przyszła dopiero w połowie stycznia 2012. Przymroziło solidnie, lód na stawie miał pól metra grubości. Ale gołąb przetrwał ten trudny czas. Nastała wiosna, zaczęły się cieplejsze dni i gołąb zatęsknił za lataniem. Nikt go nie zmuszał, nikt nie pędzał. Sam z siebie zaczął latać. Kiedy robił to zeszłego lata, nie rzucał się zbytnio w oczy. Wokół było mnóstwo ptaków może nie tak białych jak on, ale podobnej wielkości. Teraz był niemal sam.
Podczas lotu na tle bezlistnych szarych drzew i łąk był bardzo widoczny. Obserwować go było tym łatwiej, że upasł się zimą na kurzym wikcie i loty nie były tak szybkie i finezyjne jak latem. Ale trenował. Na Warmii i Mazurach zimą gniazdują różne ptaki, także drapieżne, a wśród nich jastrzębie, nie darmo zwane gołębiarzami. Stałam na tarasie i patrzyłam przez lornetkę na parę kołującą nad gospodarstwem sąsiada. Zastanawiałam się, czego szukają. Zdarzało się wprawdzie, że przylatywał jastrząb pod koniec kwietnia i porywał młodziutkie kurczęta, które nie zdążyły się schronić w kurniku, ale teraz nie było kurcząt. I wtedy spostrzegłam gołębia, który siedział na daszku przy stodole odpoczywając po „treningu”. Nagle jeden z jastrzębi zaczął pikować w kierunku gołębia, ten spłoszony poderwał się do lotu. Na to tylko czekał drugi jastrząb. Rzucił się na uciekiniera, chwycił w szpony i z ciężką zdobyczą lecąc poniżej linii drzew zniknął w pobliskim lasku. Tak zakończył żywot gołąb samotnik. Zostały po nim te fotografie i garstka białych piór na łące pod lasem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz