środa, 22 stycznia 2014

Wiosna 2013

Na wiosnę 2013 roku czekaliśmy bardzo długo i dopiero dwa piękne, słoneczne, kwietniowe dni -  sobota i niedziela - dały nadzieję, że jednak przyjdzie. Kalendarzowo spóźniona o ponad dwa tygodnie, a przecież zwykle przychodziła już na początku marca, więc i zwyczajowo spóźniona o miesiąc. Zawiodła żurawie, które przyleciały 2 marca


i przez cały miesiąc w starym wysokim lesie czekały o głodzie i chłodzie na ciepło, które pozwoli znaleźć coś do jedzenia, zregenerować siły i zacząć zakładać gniazda.

Ich wołanie było coraz słabsze, aż nagle w sobotę dały głośno i wyraźnie znać, że żyją i, że będą składać jaja.

W sobotę rano wyszłam z domu, a tu na słupie elektrycznym siedzą sobie dwa szpaczki i mówią do mnie

- Fiuuuuu, fiuuuu, jesteśmy, może trochę spóźnieni, ale jesteśmy.
- Fiuuuuu, fiuuuuu, czy czekałaś na nas, a czy czasem mazurki nie zajęły naszych gniazd?

I tak sobie fiukały, po czym przeleciały na dach, na komin, sprawdziły swoje gniazda pod dachówkami i zadowolone, że wszystko jest na swoim miejscu, poleciały szukać wiatru w polu. W ciągu dnia nad domem leciały gęsi, żurawie i łabędzie.

Mniejsze ptaki zapamiętale żerowały na pniach drzew lub pławiąc się w słońcu czyściły piórka i zaczynały godowe śpiewy. Na łące nad rzeczką znalazłam płaty jeleniej sierści.

Tak było w sobotę i niedzielę, a w poniedziałek mimo przelotnych, ale obfitych opadów mokrego śniegu, cały ten wiosenny spektakl nadal trwał. Najpierw w krzakach tarniny zobaczyłam pasącego się zająca.

Za chwilę stado gęsi zdezorientowane nagłą śnieżycą leciało nisko nad łąką.

Na dębowych gałązkach raniuszki wyprawiały przedziwne akrobacje.

Dzięcioły przepychały się z kowalikami szukając owadzich larw, trznadle pospołu z mazurkami przemierzały końskie pastwisko w poszukiwaniu ziarenek owsa.




W przerwie między opadami śniegu nad stajnią pojawił się bocian. Kołował, kołował i stwierdzając, że jeszcze nie pora, odleciał do wysokiego lasu.

Nagle obok kopyt spacerującej po pastwisku klaczy zobaczyłam pliszkę.


Więc i one nie zapomniały o nas i o naszych koniach, które latem z wdzięcznością wożą pliszki na grzbiecie, a te bezpośrednio z tegoż grzbietu zjadają, uprzykrzające końskie życie, muchy. To moje wiercenie się po łące wyprowadziło z równowagi myszołowa obserwującego okolicę, zerwał się, zatoczył łuk i poleciał w inne miejsce wypatrywać obiadu.

Na to tylko czekała mieszkająca w próchniejącym dębowym pniu mysz. Wyszła sobie na spacer, co natychmiast zauważyła sójka i mysz w ostatniej chwili zdołała się schronić w jakimś, sobie dobrze znanym, tunelu pod śniegiem.

A późnym popołudniem, kiedy wyszło słońce, sikora bogatka wzięła kąpiel, by móc jeszcze przed zachodem słońca wysuszyć piórka i czyściutka pójść spać.

Wiosno, wiosno przychodź szybko. Wszyscy na ciebie czekamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz