Zwykle odlatywały na początku października, by wrócić z końcem
lutego następnego roku.
Jednak w ubiegłym roku jeden żuraw wrócił już 28
grudnia.
Potem dołączył drugi i do połowy lutego popasały na łące i rżysku, a
noce spędzały w lesie za Marunką.
Gdy przyszły mrozy odleciały gdzieś na zachód
i wróciły dopiero 6 marca. Najpierw trzy, potem kolejne dwa, a potem jeszcze ze
dwadzieścia.
Było ich dużo więcej niż zwykle. Pamiętam jak dziś dżdżystą sobotę
10 marca, kiedy obudziły mnie ich krzyki i odgłosy walki. Stawały naprzeciw siebie
na brzegu skarpy, rozpędzały się, zderzały i tłukły nawzajem skrzydłami, po
czym wracały na pozycje i napadały na siebie od nowa. Niestety, nie zasiadłam w
czatowni pod sosną przed świtem, bo… padał deszcz. Ech, to co zdążyłam zobaczyć,
to właściwie nic,
a w niedzielę już tylko pasły się na polu i trochę tańcowały.
Potem towarzystwo rozdzieliło się, część
usadowiła się za Biedowem, część nad Pisą, reszta została na maruńskich łąkach.
Większość to były młode żurawie, które nie przystąpiły do lęgów. Gniazd było
mniej niż zwykle. Nie było gniazda nad żurawim stawem, za to chociaż późny, ale
był lęg przy nenufarowym jeziorku w Dąbrówce.
Była też bezdzietna para kręcąca się
przy krowim stawku.
Młodzież zajmowała się jedzeniem, spacerami po łąkach i
nagłych przelotach z miejsca na miejsce.
Może płoszyły je wilki, które widywałam
na łąkach od wczesnej wiosny, a może co innego. Kto wie? Całe lato zdawało mi się,
że żurawi jest mało,
aż przyszedł sierpień, żniwa i nagle z dnia na dzień
żurawi zaczęło przybywać. Przylatywały czasem przed świtem, a czasem dobrze po
wschodzie słońca i całymi dniami żerowały z małymi przerwami na męskie
przepychanki, przechwalanki i podskoki na balotach sprasowanej słomy.
Pod
wieczór podrywały się małymi grupami i odlatywały do swoich ulubionych
noclegowni. Najpierw bezładnie, acz
uroczo szczególnie, gdy oświetlały je promienie zachodzącego słońca,
aż pewnego
dnia utworzyły klucz.
Myślałam, że mam jeszcze dużo czasu na ich podglądanie, bo
zwykle odlatywały na początku października, ale niestety, dokładnie w niedzielę
2 września na rżysko, niemal w środek stada ponad stu ptaków wjechał samochód.
Nie wiem, czy to myśliwy, czy fotograf, dla nich to było bez różnicy, uznały,
że to koniec świętego spokoju, odleciały i więcej nie wróciły. Tak paskudnie i
szybko na maruńskich łąkach zakończył się żurawi rok 2018. Dzisiaj po południu okazało
się jednak, że żurawie mają inne plany. To brzmiało tak głośno i wyraźnie, że
nawet nie pomyślałam, że mam omamy słuchowe tylko rzuciwszy grabie, z tym
zwariowanym trzepotem w sercu pobiegłam po aparat i pędem na łąkę. Na rżysku
stał sobie żuraw i jak to każdej wiosny bywa krzyczał, że jest.
Tylko, że
dzisiaj jest 8 listopada, a nie koniec lutego. No cóż, ślimaki wprawdzie gdzieś
się zaszyły, ale ze dwa tygodnie temu słyszałam na łące grającego świerszcza, a
nornic i różnych innych myszy jest zatrzęsienie. Czy żurawie ryzykują, czy może
wiedzą, że zima znowu będzie byle jaka i po co się tłuc przez Alpy i Pireneje
do Hiszpanii kiedy to Warmię lubią najbardziej. I z wzajemnością!





























