Dawno już nie wychodziłam na Maruńskie Łąki wieczorem. A to
zbyt zimno, a to jeszcze w domu jest coś do zrobienia, a to ciemno, bo chmury.
Ale wczoraj coś mnie podkusiło. 21.00 to
nie jest dobra pora na robienie zdjęć na leżącej w dolinie łące i w dodatku osłoniętej
od zachodu wysokim lasem. No to nie będę pstrykać, będę obserwować.
Przypomniało mi się jak kiedyś tuż przed zachodem słońca pasały się tam sarny.
Wychodzę na łąkę a tu klops. Trawa, sięgająca dobrze ponad metr, skoszona.
Tylko przy lesie został pas szeroki na jakieś 2 metry. No cóż, skoro już
przyszłam to, chociaż trochę poobserwuję. Może wyjdzie sarna, może zając
wyskoczy. Przysiadłam na ambonowej drabinie i czekam. Pusto, ptaki od czasu do
czasu wymieniają ostatnie uwagi o mijającym dniu. Nic się nie dzieje. Wiatr z
lekka potrąca gałązkami. Coś tam niby słychać, tak, coś idzie przez las.
Niespiesznie, podjadając po drodze. No to mam szczęście, cokolwiek to jest.
Odgłos staje się coraz bardziej wyraźny, dobiega już nie z lasu a z tego kawałka
nieskoszonych traw. Już widzę jak się poruszają. Pewnie zając, bo co by innego
mogło być takie niskie. Ustawiam ostrość, cholipka żeby tylko nie podszedł zbyt
blisko, może niech wyjdzie na skoszona łąkę, bo przy 400mm …. Jest, widzę go,
chyba zając. Te nieszczęsne wysokie trawy i ten mrok. O Boże! To borsuk, piękny, młody, paskowany borsuk. Zatrzymaj się, nie podchodź bliżej, bo nie mogę się ruszyć a
nie mam już ostrości. No trudno. Pstryk migawki głośny jak strzał, w dodatku błysk
flesza. Borsuk podniósł głowę, skręcił na powrót do lasu. Zaglądam do aparatu i
chce mi się płakać. A trzeba było wejść na ambonę.
